Przemysław Czarnek po raz kolejny udowodnił, że jest politykiem, któremu wszystko kojarzy się z ideologiczną wojną. Dosłownie wszystko. Szkoła, kultura, historia, sport, literatura, a teraz nawet Eurowizja. Trudno już znaleźć przestrzeń życia publicznego, której były minister edukacji nie próbowałby zamienić w kolejną arenę politycznego konfliktu i moralizatorskiego spektaklu.
Tegoroczny konkurs Eurowizji wywołał emocje w mediach społecznościowych, ale większość ludzi potraktowała sprawę zgodnie z jej rzeczywistą rangą – jako rozrywkowe wydarzenie, wokół którego zawsze pojawiają się kontrowersje dotyczące głosowania. Czarnek oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie zamienił nawet tego w wielką geopolityczną opowieść o wdzięczności, lojalności i narodowych rachunkach krzywd.
Polityk PiS stwierdził bowiem, że Ukraińcy powinni „docenić Polskę” za pomoc wojenną, najlepiej przyznając więcej punktów w Eurowizji. „Gdyby nie Polacy, Ukrainy niepodległej już dzisiaj by nie było” – oznajmił z charakterystyczną dla siebie emfazą. Aż trudno uwierzyć, że ktoś wypowiada takie słowa całkowicie serio w kontekście konkursu muzycznego.
W tym właśnie tkwi problem z Czarnkiem. On nie potrafi już oddzielić politycznej propagandy od rzeczywistości. Wszystko staje się dla niego narzędziem ideologicznej demonstracji. Nawet głosowanie jurorów na Eurowizji urasta w jego narracji do symbolu geopolitycznej niewdzięczności. Jakby świat miał funkcjonować według logiki politycznych rozliczeń prowadzonych przez sfrustrowanych działaczy partyjnych.
Szczególnie groteskowo zabrzmiała jego „podpowiedź dla naszych braci Ukraińców”. Brzmiało to bardziej jak polityczny szantaż niż partnerska refleksja o relacjach między narodami. Polska rzeczywiście pomogła Ukrainie ogromnie i zdecydowana większość obywateli może być z tego dumna. Ale właśnie dlatego tak kompromitujące jest wykorzystywanie tej pomocy do żenujących komentarzy o punktach przyznawanych w telewizyjnym widowisku.
Czarnek zdaje się nie rozumieć jednej podstawowej rzeczy: prawdziwa solidarność nie polega na oczekiwaniu wdzięczności mierzonej wynikami konkursów rozrywkowych. Jeśli ktoś naprawdę uważa pomoc Ukrainie za moralny obowiązek i strategiczny interes Polski, to nie powinien później obrażać się o wyniki Eurowizji niczym sfrustrowany komentator internetu.
Jeszcze bardziej absurdalny był początek jego wypowiedzi. Czarnek oznajmił, że nie ogląda Eurowizji od czasu, gdy wygrał ją „udający kobietę mężczyzna z brodą”, ponieważ takie spektakle są „żenujące”. To już klasyczny repertuar polityka PiS: pogarda wobec współczesnej kultury, obsesyjne wojny obyczajowe i nieustanne budowanie atmosfery moralnej paniki.
Najzabawniejsze jest jednak to, że politycy tacy jak Czarnek regularnie deklarują, iż nie interesują ich podobne wydarzenia, po czym natychmiast poświęcają im konferencje prasowe, komentarze i polityczne tyrady. W praktyce okazuje się bowiem, że Eurowizja interesuje ich bardzo – ale wyłącznie jako kolejny pretekst do ideologicznego teatru.
I właśnie dlatego Czarnek stał się symbolem pewnego stylu uprawiania polityki przez PiS. Stylu opartego na nieustannym konflikcie, emocjonalnym nakręcaniu własnego elektoratu i obsesyjnym szukaniu wrogów wszędzie, gdzie tylko się da. Jeśli nie ma prawdziwego problemu politycznego, zawsze można stworzyć sztuczny. Jeśli nie ma realnego kryzysu, można wywołać awanturę wokół konkursu piosenki.
Najbardziej męczące jest jednak coś innego: nieustanne przekonanie polityków PiS, że każda dziedzina życia musi zostać podporządkowana ich politycznej narracji. Muzyka? Polityka. Sport? Polityka. Kultura? Polityka. Nawet głosy oddawane przez jurorów podczas Eurowizji stają się dla Czarnka okazją do wygłaszania patriotycznych połajanek.
To pokazuje, jak bardzo radykalna prawica uzależniła się od permanentnej wojny kulturowej. Bez niej nie potrafi już funkcjonować. Czarnek nie komentuje rzeczywistości – on nieustannie ją ideologizuje. Wszystko musi zostać wpisane w wielką opowieść o zdradzie, niewdzięczności, moralnym upadku albo narodowej misji.
A przecież większość ludzi chciałaby czasem po prostu obejrzeć konkurs muzyczny bez wysłuchiwania kolejnych politycznych kazań. Ale dla Czarnka nawet Eurowizja musi być polem bitwy. Bo polityk PiS najwyraźniej nie potrafi już patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat niekończącej się kampanii wyborczej.










