Politycy PiS od lat opowiadali Polakom bajkę o „wyjątkowej relacji” ze Stanami Zjednoczonymi. W tej opowieści Warszawa miała być niemal najbliższym partnerem Waszyngtonu, strategicznym ulubieńcem Ameryki i państwem o szczególnej pozycji w świecie Zachodu.
Problem polegał na tym, że za propagandowymi sloganami bardzo często nie szła ani dyplomatyczna skuteczność, ani polityczna powaga. Były za to zdjęcia, patetyczne przemówienia i obsesyjne budowanie narracji o „wstawaniu z kolan”, które kończyło się regularnym klękaniem przed każdym amerykańskim politykiem gotowym poklepać przedstawicieli PiS po plecach.
Dlatego słowa Donalda Tuska o relacjach polsko-amerykańskich brzmią dziś jak powrót do normalności. Bez egzaltacji, bez prowincjonalnego zachwytu i bez desperackiego udowadniania całemu światu, że Polska jest „najwierniejszym sojusznikiem”. Tusk przypomniał coś fundamentalnego: poważne państwo buduje relacje międzynarodowe na partnerstwie, przewidywalności i wzajemnym szacunku, a nie na politycznym teatrze dla krajowego elektoratu.
Podczas podpisania umowy dotyczącej Centrum Serwisowego Silników do czołgów Abrams w Dęblinie premier mówił o „bardzo głębokiej przyjaźni i współpracy pomiędzy Polską a USA”. Jednocześnie jednak wyraźnie zaznaczył, że relacje sojusznicze muszą opierać się na wzajemności. „Jako Polska będziemy zawsze oczekiwali tego samego, co sami prezentujemy wobec naszych najbliższych sojuszników – szacunku, przewidywalności” – podkreślił.
I właśnie tutaj widać zasadniczą różnicę między podejściem Tuska a polityką PiS. Tusk mówi językiem partnerstwa. PiS przez lata mówił językiem emocjonalnego uzależnienia. Dla ludzi Kaczyńskiego każda fotografia z amerykańskim politykiem urastała do rangi historycznego triumfu. Każda deklaracja ze strony Waszyngtonu była przedstawiana jako dowód wyjątkowości obecnej władzy. Problem w tym, że dyplomacja nie polega na ciągłym biciu pokłonów i opowiadaniu obywatelom propagandowych legend.
Najbardziej groteskowe było to w czasach Donalda Trumpa. Politycy PiS niemal otwarcie zachowywali się tak, jakby bezpieczeństwo Polski zależało od osobistej sympatii amerykańskiego prezydenta do Jarosława Kaczyńskiego lub Andrzeja Dudy. Wystarczy przypomnieć kompromitujące zabiegi o „Fort Trump” – projekt, który miał być symbolem wielkiej strategicznej współpracy, a stał się symbolem propagandowej megalomanii.
Dziś rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. Relacje transatlantyckie przechodzą napięcia, Ameryka redefiniuje swoją strategię, a Europa musi coraz poważniej myśleć o własnym bezpieczeństwie. W takich warunkach potrzebna jest chłodna dyplomacja i polityczna dojrzałość, a nie histeryczne wpisy polityków PiS próbujących przekonać opinię publiczną, że każdy ruch Waszyngtonu oznacza katastrofę lub zdradę.
Tusk zachował w tej sprawie spokój. Nawet odnosząc się do informacji o wstrzymaniu rotacji amerykańskiej brygady pancernej do Polski, unikał paniki i politycznej demonstracji. „Nie jest polską rolą recenzować nowe strategie, inny typ dyplomacji” – mówił. To zdanie pokazuje, czym różni się odpowiedzialna polityka od propagandowej gorączki. Państwo poważne nie obraża się na sojuszników przy pierwszym problemie i nie próbuje wszystkiego wykorzystywać do wewnętrznej wojny politycznej.
Jednocześnie premier bardzo wyraźnie przypomniał Amerykanom, że Polska pozostaje lojalnym partnerem. „Macie tutaj wyłącznie przyjaciół nad Wisłą. Macie najbardziej lojalnego sojusznika, warto o tym pamiętać” – podkreślił. I właśnie taka postawa ma sens: lojalność połączona z godnością, współpraca bez kompleksów i partnerstwo zamiast politycznego serwilizmu.
PiS ma dziś z tym ogromny problem. Partia Kaczyńskiego przez lata budowała swoją narrację na emocjach, prostych hasłach i teatralnym patriotyzmie. Tymczasem prawdziwa polityka zagraniczna wymaga cierpliwości, przewidywalności i zdolności do prowadzenia rozmów także w trudnych momentach. Nie wystarczy machać flagą i opowiadać o „wielkiej przyjaźni”. Trzeba jeszcze umieć prowadzić państwo w sposób profesjonalny.
Tusk pokazuje dziś coś, co dla PiS wydaje się niemal niezrozumiałe: można być zdecydowanym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych i jednocześnie zachować polityczną powagę. Można mówić o przyjaźni, nie popadając w egzaltację. I można bronić polskich interesów bez nieustannego urządzania patriotycznego spektaklu na użytek własnej propagandy.











