Przemysław Czarnek od dawna przyzwyczaił opinię publiczną do wypowiedzi, które bardziej przypominają polityczne manifesty wygłaszane na partyjnym wiecu niż poważne komentarze człowieka aspirującego do kierowania rządem. Tym razem jednak były minister edukacji przeszedł samego siebie. Jego słowa dotyczące Zbigniewa Ziobry były nie tylko kompromitujące politycznie, ale przede wszystkim zwyczajnie niepoważne.
Podczas konferencji prasowej Czarnek został zapytany o pobyt byłego ministra sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych oraz o to, jakie działania powinien podjąć polski rząd, by Ziobro stanął przed wymiarem sprawiedliwości. Odpowiedź polityka PiS brzmiała jak groteskowy scenariusz politycznego kabaretu.
„Wyrzucenie Żurka, wyrzucenie Korneluka. Przywrócenie Barskiego, przywrócenie praworządności prokuraturze, przywrócenie losowania w polskich sądach, a wtedy pan Zbigniew Ziobro natychmiast przyleci z Ameryki” – oznajmił Czarnek.
To zdanie mówi o PiS więcej niż setki analiz politycznych. Bo oto prominentny polityk tej partii praktycznie otwarcie sugeruje, że powrót Ziobry do kraju zależy nie od niezależności sądów czy przebiegu postępowań, lecz od tego, kto kontroluje prokuraturę i instytucje państwa. Innymi słowy: Ziobro wróci wtedy, gdy jego środowisko odzyska wpływy. Trudno o bardziej bezczelne potwierdzenie tego, jak PiS rozumiał przez lata pojęcie „praworządności”.
Najbardziej absurdalne jest jednak to, że Czarnek wypowiada te słowa z całkowitą powagą. Jakby nie dostrzegał, jak kompromitująco brzmi sytuacja, w której polityk obozu byłej władzy uzależnia powrót swojego partyjnego kolegi od zmian personalnych w prokuraturze. W normalnym państwie demokratycznym takie deklaracje wywołałyby polityczny skandal. W PiS najwyraźniej uznawane są za standardową retorykę.
To zresztą charakterystyczne dla stylu uprawiania polityki przez Czarnka. Każdy problem sprowadza on do brutalnej wojny politycznej, w której nie istnieją niezależne instytucje, procedury czy zasady państwa prawa. Są tylko „nasi” i „oni”. Jeśli wymiar sprawiedliwości działa nie po myśli PiS – należy go wymienić. Jeśli prokuratura prowadzi postępowania wobec polityków dawnej władzy – trzeba mówić o „przywracaniu praworządności”.
Właśnie dlatego słowa Czarnka są tak niebezpieczne. Bo pokazują sposób myślenia całego obozu politycznego. Dla PiS państwo nigdy nie było neutralnym mechanizmem funkcjonującym ponad partyjnymi interesami. Państwo miało być narzędziem politycznej kontroli. A kiedy kontrola została utracona, politycy partii Kaczyńskiego zaczęli przedstawiać ten fakt jako rzekomy „upadek praworządności”.
Czarnek jest tutaj idealnym symbolem tego sposobu myślenia. Polityk, który niemal każdą publiczną wypowiedź zamienia w ideologiczną tyradę, dziś próbuje przekonywać opinię publiczną, że Ziobro wróci do Polski dopiero wtedy, gdy wymienieni zostaną niewłaściwi – z perspektywy PiS – ludzie w prokuraturze i sądach.
To nie brzmi jak obrona standardów demokratycznych. To brzmi jak polityczny ultimatum człowieka, który najwyraźniej nadal uważa, że instytucje państwowe powinny funkcjonować według partyjnego klucza.
Problem polega jednak na tym, że Polacy są już zmęczeni podobnym stylem polityki. Coraz mniej osób traktuje poważnie kolejne teatralne wystąpienia Czarnka, pełne agresywnej retoryki i propagandowych uproszczeń. Były minister edukacji coraz częściej sprawia wrażenie polityka funkcjonującego w alternatywnej rzeczywistości, gdzie każde działanie obecnych władz jest „zamachem na demokrację”, a każdy problem polityków PiS wynika wyłącznie z działalności przeciwników.
Najbardziej ironiczne jest przy tym to, że właśnie ludzie tacy jak Czarnek przez lata przekonywali opinię publiczną o konieczności „uzdrawiania państwa”. Dziś sami pokazują, jak naprawdę rozumieli to hasło. „Przywracanie praworządności” oznaczało dla nich po prostu odzyskanie wpływu nad instytucjami.
I właśnie dlatego wypowiedź Czarnka jest tak kompromitująca. Nie dlatego, że była szczególnie ostra. W polskiej polityce ostrych słów nikogo już nie dziwią. Problem polega na tym, że była zwyczajnie niepoważna. Brzmiała jak wypowiedź polityka, który całkowicie utracił kontakt z rzeczywistością i nie zauważa już nawet, jak absurdalne tezy wygłasza publicznie.
A może to właśnie największy problem dzisiejszego PiS: partia tak długo żyła w świecie własnej propagandy, że część jej polityków naprawdę zaczęła wierzyć, iż podobne deklaracje brzmią rozsądnie.










