Prawo i Sprawiedliwość od lat próbuje wmówić Polakom, że skuteczna polityka wobec Stanów Zjednoczonych polega przede wszystkim na osobistych sympatiach, politycznych gestach i bezwarunkowej uległości wobec Waszyngtonu.
W tej wizji relacje międzynarodowe przypominają niemal towarzyski układ między zaprzyjaźnionymi politykami, a nie poważną grę interesów prowadzoną przez państwa. Szczególnie groteskowo brzmi dziś opowieść o rzekomo wyjątkowych relacjach Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem, które według polityków PiS miałyby stanowić niemal gwarancję bezpieczeństwa Polski.
To sposób myślenia nie tylko naiwny, ale wręcz kompromitujący dla poważnego państwa.
PiS od dawna buduje swoją narrację wokół przekonania, że Polska powinna być wobec Stanów Zjednoczonych maksymalnie lojalna, niemal bez względu na okoliczności. Każde zdjęcie z amerykańskim politykiem przedstawiane jest jako sukces dyplomatyczny. Każdy sygnał sympatii ze strony Republikanów urasta do rangi geopolitycznego przełomu. A każda krytyczna refleksja dotycząca relacji transatlantyckich natychmiast spotyka się z oskarżeniami o „antyamerykanizm”.
Problem polega na tym, że polityka międzynarodowa nie działa w taki sposób. Państwa nie budują strategicznych sojuszy na podstawie prywatnych sympatii czy dobrego humoru jednego polityka. Nawet najbliżsi partnerzy kierują się przede wszystkim własnym interesem, siłą gospodarczą, potencjałem militarnym i przewidywalnością polityczną. Tymczasem PiS przez lata próbował przekonywać opinię publiczną, że wystarczy odpowiednio schlebiać Donaldowi Trumpowi, by Polska zyskała szczególną pozycję w świecie Zachodu.
Najbardziej groteskowym symbolem tej polityki był oczywiście „Fort Trump”. Sama nazwa projektu pokazywała skalę politycznej egzaltacji. Zamiast budować relacje z amerykańskimi instytucjami państwowymi i wzmacniać długofalowe partnerstwo strategiczne, politycy PiS koncentrowali się na osobistym przypodobaniu się konkretnemu prezydentowi. W praktyce wyglądało to bardziej jak polityczny fan club niż poważna dyplomacja.
Dziś podobną rolę zaczyna odgrywać Karol Nawrocki. W środowisku PiS regularnie pojawiają się sugestie, że jego rzekomo dobre relacje z Donaldem Trumpem mogą stanowić kluczowy atut dla Polski. To myślenie jest jednocześnie infantylne i niebezpieczne. Infantylne, bo sprowadza politykę międzynarodową do poziomu prywatnych znajomości. Niebezpieczne, bo buduje w społeczeństwie fałszywe przekonanie, że bezpieczeństwo państwa zależy od osobistej chemii między politykami.
A przecież historia pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Stabilne relacje międzynarodowe opierają się na trwałych interesach i silnych instytucjach, a nie na emocjonalnych deklaracjach czy wzajemnych komplementach. Donald Trump może dziś mówić jedno, jutro drugie, a za kilka lat w Białym Domu może zasiadać zupełnie inny polityk o całkowicie odmiennym podejściu do Europy. Państwo poważne musi być przygotowane na każdą z tych sytuacji.
PiS zdaje się jednak funkcjonować w świecie politycznej iluzji. W ich narracji Polska ma być „najwierniejszym sojusznikiem”, który w zamian otrzyma specjalne traktowanie ze strony Waszyngtonu. Tyle że w praktyce taka polityka bardzo często oznaczała zwykłą uległość. Zamiast partnerskiej współpracy mieliśmy nieustanne udowadnianie Amerykanom własnej lojalności i obsesyjne zabieganie o symboliczne gesty.
Najbardziej paradoksalne jest to, że politycy PiS jednocześnie nieustannie opowiadają o „wstawaniu z kolan”. Tymczasem ich wizja relacji z USA opiera się właśnie na polityce wykonywanej z pozycji niższości i kompleksów. Państwo naprawdę pewne swojej pozycji nie musi desperacko zabiegać o uwagę silniejszego partnera. Potrafi współpracować, ale również jasno definiować własne interesy i oczekiwania.
Tymczasem w retoryce PiS niemal każda rozmowa z amerykańskim politykiem przedstawiana jest jak osobisty triumf liderów partii. Karol Nawrocki ma być człowiekiem „mającym dojście” do Trumpa. Problem w tym, że dyplomacja nie jest konkursem popularności ani spotkaniem klubów wzajemnej adoracji.
Polska potrzebuje dojrzałej polityki zagranicznej opartej na partnerstwie, przewidywalności i profesjonalizmie. Potrzebuje relacji z USA budowanych niezależnie od tego, kto aktualnie mieszka w Białym Domu. Potrzebuje silnych instytucji, kompetentnej dyplomacji i strategicznego myślenia.
PiS oferuje coś dokładnie odwrotnego: emocjonalną politykę opartą na osobistych fascynacjach, propagandowych gestach i przekonaniu, że międzynarodowe bezpieczeństwo można załatwić poprzez prywatne sympatie z Donaldem Trumpem.
A to nie jest poważna strategia dla państwa. To polityczna fantazja ludzi, którzy nadal nie rozumieją, jak naprawdę funkcjonuje współczesny świat.










