Awantura wokół pytania referendalnego dotyczącego unijnej polityki klimatycznej pokazała coś znacznie ważniejszego niż tylko kolejną propagandową wrzutkę obozu prawicy. Pokazała, że środowisko Karola Nawrockiego zaczyna irytować nawet tych, którzy dotąd byli wobec niego wyjątkowo wyrozumiali. Trudno się dziwić. Bo jeśli nawet Mazurek nie wytrzymuje poziomu manipulacji, to znaczy, że naprawdę przekroczono granicę politycznej bezczelności.
Proponowane pytanie referendalne brzmi jak kiepsko napisany slogan kampanijny: „Czy jest pan/pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. Nie jest to pytanie referendalne. To agitka. To polityczny plakat przebrany za demokratyczne narzędzie.
Mazurek doskonale to wychwycił. „Słyszał pan kiedyś o pytaniu z tezą?” – zapytał Zbigniewa Boguckiego. I było to pytanie absolutnie fundamentalne. Bo referendum w demokratycznym państwie powinno służyć poznaniu opinii obywateli, a nie wtłaczaniu im gotowej odpowiedzi do głowy. Tymczasem ludzie Nawrockiego próbują przedstawić własną propagandę jako „głos ludu”.
Najbardziej kompromitująca była jednak odpowiedź Boguckiego. Zamiast przyznać, że pytanie jest politycznie tendencyjne – co przecież widzi każdy człowiek posiadający elementarne zdolności logicznego myślenia – szef Kancelarii Prezydenta zaczął brnąć w absurdalną narrację o „prawdzie”, której rzekomo boją się przeciwnicy referendum. „Każde słowo w tym pytaniu jest prawdziwe” – przekonywał.
To właśnie ten typ politycznej retoryki najbardziej męczy dziś opinię publiczną. Nie chodzi już nawet o samą propagandę. Polacy są do niej przyzwyczajeni. Problem polega na tym, że obóz Nawrockiego próbuje wmówić obywatelom, iż nie widzą tego, co widzą. Że ewidentna manipulacja wcale manipulacją nie jest. Że czarne jest białe, a agitacyjna teza staje się rzekomo neutralnym pytaniem obywatelskim.
Mazurek nie wytrzymał i wypalił: „Wy obrażacie inteligencję ludzi”. I trudno o trafniejszą diagnozę. Bo dokładnie na tym polega dziś styl polityczny ludzi Nawrockiego – na przekonaniu, że odbiorca wszystko kupi, jeśli tylko odpowiednio podniesie się głos i dorzuci kilka patriotycznych sloganów.
Co ciekawe, kompromitująco wypadł tutaj również sam Mazurek. Owszem, miał rację, punktując absurd pytania referendalnego. Problem w tym, że przez lata współtworzył medialny klimat pobłażliwości wobec prawicy. Politycy PiS regularnie mogli liczyć na taryfę ulgową, żarty zamiast poważnych pytań i rozmowy prowadzone bardziej w formule koleżeńskiej niż dziennikarskiej. Dziś Mazurek wygląda trochę jak człowiek zaskoczony potworem, którego sam wcześniej oswajał.
Bo przecież dokładnie ten sam mechanizm propagandowej przesady, emocjonalnego szantażu i politycznej histerii PiS stosował od lat. Referendum Nawrockiego nie spadło z nieba. To naturalna konsekwencja polityki budowanej na strachu, uproszczeniach i permanentnym konflikcie.
Ludzie związani z Nawrockim poszli jednak o krok dalej. Ich przekaz jest coraz bardziej toporny, coraz bardziej agresywny i coraz mniej wiarygodny. Widać w nim paniczną potrzebę mobilizacji własnego elektoratu za wszelką cenę. Nawet kosztem śmieszności.
Bogucki, zamiast zachować choć odrobinę politycznej powagi, próbował jeszcze przekonywać, że problemem jest rzekomy „strach przed prawdą”. To klasyczna technika populistyczna: każdy, kto krytykuje manipulację, zostaje przedstawiony jako wróg obywateli i przeciwnik demokracji. Tyle że ta metoda działa coraz słabiej.
I właśnie dlatego ta rozmowa była tak symboliczna. Nie dlatego, że Mazurek nagle stał się bezstronnym arbitrem demokracji. Ale dlatego, że nawet ludzie dotąd wyjątkowo cierpliwi wobec prawicy zaczynają mieć dość propagandowej tandety serwowanej przez środowisko Karola Nawrockiego.











