Prawo i Sprawiedliwość coraz bardziej przypomina ugrupowanie, które utraciło nie tylko polityczny impet, ale również elementarną spójność. Jeszcze niedawno partia Jarosława Kaczyńskiego budowała swój wizerunek na żelaznej dyscyplinie, bezwzględnej lojalności i przekonaniu, że wszyscy działacze bez wyjątku podporządkowują się woli prezesa. Dziś z tamtego obrazu zostało niewiele. Coraz wyraźniej widać za to chaos, walkę frakcji i brutalną rywalizację o wpływy.
Publikacja portalu Onet jedynie potwierdza to, o czym od dawna mówi się w politycznych kuluarach: PiS znalazł się w stanie wewnętrznego rozkładu. Konflikt pomiędzy środowiskiem Mateusza Morawieckiego a ludźmi skupionymi wokół partyjnego aparatu przestał być już zakulisową rywalizacją. To otwarta wojna o przyszłość ugrupowania.
Największym problemem Jarosława Kaczyńskiego jest dziś fakt, że przestaje być politykiem budzącym bezwarunkowy respekt we własnej partii. Jeszcze kilka lat temu nikt w PiS nie odważyłby się budować równoległych struktur politycznych czy prowadzić własnej gry przeciwko prezesowi. Tymczasem Morawiecki robi to praktycznie otwarcie.
Były premier tworzy własne środowisko polityczne, organizuje zaplecze w terenie i próbuje przyciągać działaczy rozczarowanych obecną sytuacją w partii. Według informacji opisanych przez Onet wokół jego projektu skupiają się samorządowcy oraz politycy sfrustrowani swoją pozycją w PiS. To nie wygląda już na chwilowy konflikt ambicji. To początek realnego podziału obozu prawicy.
Kaczyński najwyraźniej doskonale rozumie skalę zagrożenia, bo reakcje kierownictwa partii stają się coraz bardziej nerwowe. Problem polega jednak na tym, że sam prezes od dawna nie kontroluje już sytuacji tak skutecznie jak kiedyś. System zbudowany przez niego przez dwie dekady zaczął się po prostu zużywać.
PiS przez lata funkcjonował jako partia jednego człowieka. Nie było tam miejsca na niezależność, polityczną autonomię czy rzeczywistą debatę. Każdy, kto próbował prowadzić własną grę, wcześniej czy później wypadał z układu. Dziś jednak mechanizm przestał działać. Coraz więcej polityków zaczyna kalkulować, co wydarzy się po Kaczyńskim i kto przejmie kontrolę nad prawicą.
Morawiecki najwyraźniej uznał, że ten moment właśnie nadchodzi. Dlatego konsekwentnie buduje własną pozycję, jednocześnie unikając otwartego zerwania. To polityka człowieka, który chce mieć gotowe struktury na moment przesilenia. Były premier doskonale wie, że część działaczy PiS jest zmęczona obecnym stylem zarządzania partią, ciągłymi konfliktami i coraz bardziej chaotycznym przywództwem.
Jednocześnie trudno traktować Morawieckiego jako polityka nowego otwarcia. To przecież jeden z głównych współautorów systemu stworzonego przez PiS po 2015 roku. Przez lata lojalnie realizował politykę Kaczyńskiego, uczestniczył w brutalnych sporach politycznych i firmował decyzje, które dziś obciążają całe ugrupowanie. Obecna wojna w PiS jest więc w dużej mierze buntem ludzi, którzy sami współtworzyli ten model władzy.
Najbardziej wymowne jest jednak to, jakim językiem zaczynają mówić o sobie politycy partii Kaczyńskiego. Wewnętrzne frakcje oskarżają się o zdradę, rozbijanie ugrupowania i próbę przejęcia szyldu. Atmosfera coraz bardziej przypomina polityczną panikę, a nie funkcjonowanie poważnej formacji aspirującej do odzyskania władzy.
Do tego dochodzi jeszcze narastający brak zaufania. Działacze wzajemnie się obserwują, tworzą listy lojalnościowe i analizują, kto z kim utrzymuje kontakty. Sam fakt, że w partii mają funkcjonować wewnętrzne zestawienia „dowozienia” politycznych zadań, pokazuje skalę kryzysu. PiS coraz bardziej przypomina korporację pogrążoną w wojnie działów, a nie ugrupowanie posiadające wspólny polityczny cel.
Największym przegranym tego wszystkiego pozostaje jednak Jarosław Kaczyński. Człowiek, który przez lata przedstawiany był jako polityczny strateg kontrolujący każdy szczegół funkcjonowania partii, dziś sprawia wrażenie lidera próbującego jedynie opóźnić nieuniknione. Coraz więcej wskazuje na to, że autorytet prezesa przestaje wystarczać do utrzymania jedności ugrupowania.
PiS nie rozpada się wyłącznie dlatego, że przegrał władzę. Rozpada się dlatego, że wyczerpał się model polityczny oparty na centralnym sterowaniu, strachu i całkowitym podporządkowaniu jednej osobie. Kiedy taki system zaczyna słabnąć, wcześniej tłumione ambicje wybuchają ze zdwojoną siłą.
I właśnie to dziś obserwujemy. Nie chwilowy kryzys, lecz początek poważnej dezintegracji partii Jarosława Kaczyńskiego.










