Przez lata Zbigniew Ziobro budował wokół siebie wizerunek polityka twardego, bezkompromisowego i rzekomo stojącego ponad wszelkimi układami. Dziś ten sam człowiek coraz bardziej przypomina jednak politycznego uciekiniera, wokół którego narasta chaos, niejasności i pytania o odpowiedzialność. A państwo, które przez lata było przez Ziobrę brutalnie podporządkowywane politycznym interesom, zaczyna wreszcie próbować odzyskać elementarną powagę.
Waldemar Żurek mówi w tej sprawie rzeczy ważne i potrzebne. Przede wszystkim dlatego, że odrzuca logikę politycznej świętej wojny, którą przez lata narzucało środowisko Ziobry. Minister sprawiedliwości stwierdził jasno: „Nie będziemy opuszczać rąk. Polityka tu nie ma znaczenia. Mamy gotowy wniosek ekstradycyjny”. To zdanie powinno wybrzmieć szczególnie mocno.
Bo istotą demokratycznego państwa nie jest bezkarność wpływowych polityków. Istotą państwa prawa jest sytuacja, w której także były minister sprawiedliwości może odpowiadać przed wymiarem sprawiedliwości.
Ziobro i jego środowisko przez lata próbowali przedstawiać siebie jako ludzi stojących ponad „kastami”, ponad elitami i ponad układami. Tymczasem dziś coraz wyraźniej widać, że największym problemem tego obozu była właśnie wiara we własną nietykalność. Przekonanie, że można podporządkować prokuraturę polityce, prowadzić brutalne wojny instytucjonalne, a później po prostu zniknąć za granicą i ogłaszać się ofiarą prześladowań.
Żurek słusznie podkreśla, że sprawa Ziobry może stać się „dużym problemem dla amerykańskich polityków”, ponieważ amerykańska opinia publiczna jest wyjątkowo wyczulona na kwestie finansowych nadużyć ludzi władzy. I właśnie tutaj kończy się propagandowa narracja PiS o rzekomym międzynarodowym spisku przeciwko Ziobrze.
Amerykanie mogą tolerować ostrą politykę. Mogą nawet sympatyzować z konserwatywnymi politykami z Europy Środkowej. Ale kwestie finansowych malwersacji, niejasnych przepływów pieniędzy i wykorzystywania instytucji państwa do politycznych interesów są w Stanach Zjednoczonych traktowane śmiertelnie poważnie.
To dlatego sytuacja Ziobry robi się coraz bardziej niewygodna nie tylko dla niego samego, ale także dla wszystkich, którzy próbowaliby otoczyć go politycznym parasolem.
Szczególnie symboliczne jest również zamieszanie wokół jego statusu pobytowego i dokumentów. Żurek zapowiedział, że jeśli Ziobro wyjechał do USA na paszporcie genewskim, rząd podejmie próbę unieważnienia tego dokumentu. Trudno o bardziej wymowny obraz politycznego upadku człowieka, który jeszcze niedawno przedstawiał się jako strażnik państwa i prawa.
Dziś opinia publiczna słyszy o możliwym cofnięciu dokumentów, ekstradycji i problemach z legalnym statusem pobytowym.
To nie jest już opowieść o politycznej sile. To opowieść o desperackiej próbie uniknięcia odpowiedzialności.
Najbardziej uderzające pozostaje jednak coś jeszcze. Środowisko Ziobry przez lata budowało swoją popularność na retoryce bezwzględnego rozliczania przeciwników. Politycy Solidarnej Polski uwielbiali mówić o „twardym państwie”, „zero tolerancji” i konieczności surowego egzekwowania prawa. Problem polega na tym, że bardzo wielu z nich zakładało jednocześnie, iż te zasady nigdy nie będą dotyczyły ich samych.
Tymczasem państwo prawa działa właśnie wtedy, gdy reguły są jednakowe dla wszystkich.
Dlatego Waldemar Żurek ma rację, gdy zapowiada dalsze działania. Nie chodzi tutaj o polityczną zemstę ani medialny spektakl. Chodzi o przywrócenie elementarnej wiarygodności instytucji państwa po latach chaosu i brutalnej politycznej wojny prowadzonej przez Ziobrę i jego ludzi.
Im bardziej obóz PiS próbuje przedstawiać byłego ministra jako ofiarę politycznych prześladowań, tym mocniej widać prawdziwy problem: przez lata przyzwyczaili się do przekonania, że władza daje immunitet od odpowiedzialności.
I właśnie ten świat zaczyna się dziś kończyć.










