Jeszcze kilka miesięcy temu politycy PiS przekonywali opinię publiczną, że partia Jarosława Kaczyńskiego pozostaje monolitem, zwartą formacją zdolną do szybkiego powrotu do władzy.
Dziś ten obraz rozpada się na naszych oczach. Wewnętrzne wojny frakcyjne, tworzenie konkurencyjnych stowarzyszeń i coraz bardziej otwarta walka o sukcesję pokazują, że PiS wszedł w etap politycznego rozkładu. Najbardziej wymowne jest jednak to, że Jarosław Kaczyński nie wygląda już na człowieka zdolnego do zatrzymania tego procesu. Może jedynie biernie obserwować, jak jego obóz zaczyna pożerać się od środka.
Symbolem tego kryzysu stały się dwa rywalizujące projekty polityczne tworzone przez ludzi PiS. Najpierw Mateusz Morawiecki uruchomił stowarzyszenie Rozwój Plus, do którego – według medialnych doniesień – dołączyły już dziesiątki działaczy związanych z partią. Oficjalnie ma ono być „zapleczem programowym”, ale niewielu wierzy w tę wersję wydarzeń. W rzeczywistości chodzi o budowę własnego politycznego zaplecza byłego premiera i przygotowanie gruntu pod walkę o władzę po Kaczyńskim.
Odpowiedź przyszła błyskawicznie. Ludzie skupieni wokół Przemysława Czarnka zaczęli organizować własne stowarzyszenie – „Po pierwsze Polska”. Sam fakt powstania konkurencyjnej inicjatywy pokazuje skalę chaosu w PiS. Partia, która przez lata budowała swój wizerunek na dyscyplinie i centralnym przywództwie, dziś przypomina coraz bardziej konfederację walczących ze sobą dworów.
Co szczególnie ciekawe, politycy PiS przestali nawet ukrywać skalę konfliktu. Jeden z nich przyznał wprost, że nowe stowarzyszenie Czarnka „dostało ciche przyzwolenie Jarosława”. To zdanie brzmi jak polityczny akt desperacji. Kaczyński najwyraźniej próbuje dziś balansować pomiędzy zwaśnionymi frakcjami, licząc, że utrzyma minimalną równowagę sił. Problem polega na tym, że takie działania zwykle podejmują liderzy słabi, a nie silni.
Jeszcze bardziej kompromitujące są słowa kolejnego polityka PiS, który otwarcie stwierdził: „Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że projekt Mateusza jest rozłamowy”. To właściwie przyznanie, że w partii trwa już wojna o schedę po Kaczyńskim. Morawiecki buduje własne środowisko, Czarnek mobilizuje przeciwników byłego premiera, a prezes PiS sprawia wrażenie człowieka, który utracił zdolność narzucania komukolwiek politycznej dyscypliny.
To właśnie jest największy problem Jarosława Kaczyńskiego. Przez lata budował partię opartą niemal wyłącznie na własnym autorytecie. PiS nie stworzył trwałego systemu sukcesji, nie wychował naturalnego następcy, nie zbudował mechanizmów rozwiązywania sporów wewnętrznych. Wszystko opierało się na jednym polityku. Dopóki Kaczyński był bezdyskusyjnym centrum władzy, system działał. Dziś jednak widać wyraźnie, że ten model się wyczerpał.
Morawiecki i Czarnek nie walczą już o wpływy drugorzędne. Oni walczą o przyszłość prawicy po Kaczyńskim. Co więcej, robią to coraz bardziej otwarcie. W partii zaczyna dominować logika wzajemnego podejrzewania się o zdradę i rozłamowe ambicje. Każda frakcja buduje własne struktury, własne zaplecze i własny przekaz medialny. To klasyczny obraz ugrupowania, które utraciło poczucie wspólnego celu.
Nieprzypadkowo w PiS coraz częściej mówi się dziś o „równowadze” między obozami. Kiedy partia zaczyna myśleć kategoriami frakcyjnych balansów, oznacza to jedno: przywództwo przestało być realne. Kaczyński nie rozdaje już kart tak jak dawniej. Może jedynie próbować ograniczać skalę konfliktu.
Paradoks polega na tym, że PiS przez lata oskarżał inne partie o chaos, rozpad i walki wewnętrzne. Dziś sam stał się symbolem politycznego zmęczenia i kryzysu przywództwa. Coraz trudniej uwierzyć, że ugrupowanie zajęte wojną Morawieckiego z Czarnkiem będzie w stanie przekonać Polaków, że ma pomysł na państwo.
Bo prawdziwe pytanie brzmi już nie „czy” PiS się sypie, ale jak szybko ten proces będzie postępował.










