Manifestacja organizowana przez Solidarność pod hasłem „Razem dla Polski i Polaków” miała być pokazem siły prawicy i wielkim buntem przeciwko Zielonemu Ładowi. W praktyce okazała się jednak czymś zupełnie innym: politycznym spektaklem pełnym absurdalnych haseł, antyunijnej histerii i coraz bardziej desperackich prób mobilizowania własnego elektoratu. A przede wszystkim – demonstracją zaskakująco małą, jak na ambicje organizatorów i skalę propagandowego nagłośnienia całego wydarzenia.
Jeszcze kilka lat temu podobne marsze PiS i Solidarności potrafiły rzeczywiście robić wrażenie liczebnością. Tym razem było inaczej. Warszawa nie zobaczyła żadnej „fali społecznego gniewu”, lecz raczej grupę wiernych działaczy i sympatyków, którzy przyszli wysłuchać kolejnych przemówień o „religii klimatycznej”, „lewackiej ideologii” i konieczności opuszczenia europejskiego systemu ETS. Trudno oprzeć się wrażeniu, że całość coraz bardziej przypomina polityczny teatr dla własnej bańki.
Najbardziej kompromitujące były zresztą same wystąpienia polityków PiS. Mariusz Błaszczak grzmiał, że „fatalny rząd Donalda Tuska powinien jak najszybciej odejść”, a następnie próbował przekonywać, że za napięcia w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi odpowiadają rzekome „ataki na prezydenta Trumpa”. Według byłego ministra obrony „Tusk zaryzykował bezpieczeństwem naszej ojczyzny”. To klasyczny przykład polityki opartej nie na faktach, lecz na emocjonalnym straszeniu wyborców.
Jeszcze dalej poszedł Przemysław Czarnek. Kandydat PiS na premiera ogłosił, że „Polska natychmiast musi wyjść z ETS-u”, a całą politykę klimatyczną Unii Europejskiej określił mianem „religii klimatycznej” i „ideologii lewackiej”. Takie słowa mogłyby uchodzić za groteskowe, gdyby nie fakt, że padają z ust człowieka aspirującego do kierowania polskim rządem.
Problem polega na tym, że PiS i Solidarność coraz częściej próbują zastępować realną debatę gospodarczą brutalnymi sloganami. Oczywiście można dyskutować o kosztach Zielonego Ładu, o tempie transformacji energetycznej czy o problemach przemysłu. Ale krzyczenie „Precz z ETS-em!” bez przedstawienia jakiegokolwiek realistycznego planu jest zwykłą polityczną demagogią. Polska gospodarka funkcjonuje w ramach europejskiego rynku i europejskich regulacji. Wyjście z ETS-u nie jest prostym ruchem typu „wyłączamy system i wracamy do taniego węgla”. To gigantyczna operacja polityczna, gospodarcza i prawna, której konsekwencje mogłyby być dla Polski katastrofalne.
PiS jednak od dawna nie sprzedaje wyborcom realnych rozwiązań. Sprzedaje emocje. Wczoraj był to strach przed uchodźcami, później przed Unią Europejską, teraz przed „religią klimatyczną”. Wszystko musi mieć formę wielkiej cywilizacyjnej wojny. Wszystko musi być przedstawione jako starcie „normalnych Polaków” z tajemniczymi elitami niszczącymi kraj.
W tej całej historii szczególnie smutna jest jednak rola Solidarności. Związek, który kiedyś był symbolem walki o wolność i prawa pracownicze, coraz bardziej przypomina polityczną przybudówkę PiS. Zamiast niezależnej reprezentacji pracowników mamy organizację maszerującą ramię w ramię z partyjnymi politykami i powtarzającą ich propagandowe hasła. Trudno uwierzyć, że związek zawodowy, który powinien walczyć o nowoczesne miejsca pracy i bezpieczeństwo pracowników w czasie transformacji energetycznej, dziś ogranicza się do okrzyków o „lewackiej ideologii”.
Najbardziej wymowny był jednak brak społecznej energii wokół całego wydarzenia. PiS próbował przedstawić marsz jako wielki głos narodu. Tymczasem coraz wyraźniej widać, że społeczeństwo jest już zmęczone permanentnym politycznym alarmem. Kolejne opowieści o „końcu Polski”, „zagrożeniu cywilizacyjnym” i „unijnym dyktacie” przestają działać tak skutecznie jak kiedyś.
I właśnie dlatego ta manifestacja okazała się tak symboliczna. Miała być pokazem siły, a stała się dowodem słabości. Miała wywołać polityczne trzęsienie ziemi, a wywołała raczej zażenowanie. PiS i Solidarność coraz bardziej zamykają się w świecie własnych sloganów i własnej propagandy. Problem polega na tym, że poza tym światem coraz mniej ludzi chce już ich słuchać.










