Karol Nawrocki jest już prezydentem niemal od roku, a mimo to coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który nadal prowadzi kampanię wyborczą zamiast próbować budować powagę urzędu.
Powołanie Rady ds. nowej konstytucji miało zapewne wyglądać na doniosły projekt ustrojowy, symbol „nowego otwarcia” i wielkiej debaty o państwie. W praktyce wyszło jednak coś zupełnie odwrotnego: polityczna prowokacja, próba legitymizowania ludzi odpowiedzialnych za dewastację państwa prawa i kolejny dowód na to, że obóz prawicy nie wyciągnął żadnych wniosków z ostatnich lat.
Już sam skład rady mówi więcej niż najbardziej efektowne przemówienia. Obok kilku osób o niekwestionowanym dorobku znaleźli się tam politycy i prawnicy kojarzeni przede wszystkim z najgorszym okresem konfliktu wokół sądów i Trybunału Konstytucyjnego. Szczególnie symboliczna jest obecność Julii Przyłębskiej – postaci, która dla ogromnej części opinii publicznej stała się symbolem upadku autorytetu Trybunału. Nawrocki wysyła więc bardzo jasny sygnał: zamiast odbudowywać zaufanie do instytucji państwa, zamierza ponownie opierać się na środowisku, które samo doprowadziło do konstytucyjnego chaosu.
Nic dziwnego, że inicjatywę ostro skrytykował wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski z PSL. „Ta rada, którą pan prezydent powołał, niczego dobrego nie zrobi” – powiedział na antenie TVP Info. I trudno się z nim nie zgodzić. Zgorzelski użył zresztą wyjątkowo trafnego określenia, mówiąc, że „domu konstytucyjnego nie buduje się z podpalaczami”. To zdanie powinno stać się podsumowaniem całego projektu Nawrockiego.
Bo właśnie z tym mamy dziś do czynienia. Z próbą budowania „nowej konstytucji” przez ludzi, którzy przez lata uczestniczyli w niszczeniu autorytetu istniejącego porządku prawnego. To trochę tak, jakby sprawców katastrofy wyznaczyć do kierowania komisją bezpieczeństwa. Nawrocki nie proponuje żadnego pojednania ani poważnej debaty ustrojowej. On po prostu odświeża polityczny projekt PiS w nowym opakowaniu.
Najbardziej uderza jednak skala politycznej pychy obecnego prezydenta. Polska nie znajduje się dziś w sytuacji wymagającej pisania konstytucji od nowa. Problemem nie jest brak ustawy zasadniczej, lecz brak szacunku dla niej. Konstytucja nie przestała działać dlatego, że była źle napisana. Problem polegał na tym, że politycy związani z PiS przez lata traktowali ją wybiórczo – uznając tylko te przepisy, które były dla nich wygodne.
Tymczasem Nawrocki zachowuje się tak, jakby wystarczyło napisać nowy dokument, by wszystkie problemy magicznie zniknęły. To klasyczna polityczna ucieczka do przodu. Zamiast rozliczenia błędów poprzedniej władzy mamy próbę stworzenia nowej opowieści: nie o chaosie w sądach, konfliktach z Unią Europejską czy kompromitacji Trybunału Konstytucyjnego, ale o „wielkiej reformie państwa”.
Nieprzypadkowo coraz częściej słychać też głosy, że po prawej stronie sceny politycznej zaczyna wrzeć. Sam Zgorzelski mówił, że „pod tą pokrywką nieźle buzuje” i że „jeszcze się zagotuje po prawej stronie”. Trudno nie odnieść wrażenia, że Nawrocki próbuje już dziś budować własne polityczne zaplecze i własny obóz ideologiczny. Rada konstytucyjna ma być nie tyle eksperckim zespołem, ile symbolem politycznej ciągłości obozu PiS.
A przecież prezydent powinien przede wszystkim łagodzić konflikty, a nie je pogłębiać. Powinien szukać wspólnego języka, budować szacunek dla instytucji i odbudowywać zaufanie do państwa. Tymczasem Nawrocki po niemal roku urzędowania nadal wybiera gesty, które z definicji muszą dzielić. Bo trudno mówić o „nowej konstytucji” w sytuacji, gdy połowa społeczeństwa widzi w autorach tego projektu ludzi odpowiedzialnych za wcześniejszy kryzys konstytucyjny.
To właśnie jest największy problem tej inicjatywy. Nie chodzi nawet o sam pomysł dyskusji o ustroju państwa. Chodzi o brak wiarygodności. Karol Nawrocki chce uchodzić za arbitra i reformatora, ale coraz częściej wygląda raczej na polityka, który dostał zadanie podtrzymania ideologicznego dziedzictwa PiS. A Polska naprawdę nie potrzebuje dziś kolejnej politycznej krucjaty pod hasłem „naprawy państwa” przez tych samych ludzi, którzy wcześniej doprowadzili je do wieloletniego chaosu.










