Zbigniew Ziobro od lat próbował przedstawiać siebie jako bezkompromisowego szeryfa polskiej polityki. Człowieka surowego, zasadniczego, walczącego z układami i pilnującego publicznych pieniędzy. Tym większe wrażenie robi dziś skala kompromitacji, jaka wyłania się z informacji o wydatkach jego biura poselskiego. Bo trudno znaleźć lepszy symbol politycznej hipokryzji niż były minister sprawiedliwości, który za publiczne pieniądze kompletuje sobie niemal pełne wyposażenie internetowego influencera.
Lista zakupów ujawniona przez „Fakt” wygląda bardziej jak zestaw dla początkującego youtubera niż wyposażenie biura parlamentarnego. Kamera DJI Osmo Pocket 3, mikrofon bezprzewodowy, gimbal, dwa translatory AI, dwa iPhone’y, drogi plecak podróżny – wszystko to finansowane z ryczałtu przeznaczonego na działalność poselską. Łącznie niemal 20 tysięcy złotych wydanych na sprzęt elektroniczny i akcesoria. A przecież to tylko fragment całej historii.
Jeszcze bardziej absurdalny jest kontekst tych wydatków. Biuro w Rzeszowie kosztowało podatników prawie 46 tysięcy złotych rocznie za sam wynajem lokalu, mimo że – jak wynika ze strony Sejmu – Ziobro nie zatrudniał tam ani jednego pracownika. Ani asystenta, ani współpracownika społecznego. Trudno więc oprzeć się pytaniu: po co właściwie istniało to biuro? Dla obywateli czy dla politycznej fikcji?
Najbardziej groteskowo wygląda jednak fakt, że sprzęt „biurowy” nagle nabrał nowego znaczenia po ujawnieniu, iż Ziobro przebywa w USA i ma zostać korespondentem oraz komentatorem Telewizji Republika. Nagle kamera, mikrofony i stabilizatory obrazu przestają wyglądać jak przypadkowe zakupy. Zaczynają przypominać profesjonalne wyposażenie do nagrywania materiałów wideo i prowadzenia internetowych transmisji.
I właśnie tutaj pojawia się prawdziwy problem. Polityk, wobec którego prokuratura chce postawić 26 zarzutów związanych między innymi z Funduszem Sprawiedliwości, człowiek, któremu uchylono immunitet, dziś urządza sobie życie medialnego komentatora za oceanem. Co więcej, według ustaleń Reutersa wyjazd miał zostać umożliwiony dzięki amerykańskiej wizie dziennikarskiej. Trudno wymyślić bardziej symboliczny obraz upadku polityka, który jeszcze kilka lat temu przedstawiał się jako strażnik moralności publicznej.
Ziobro przez lata budował swoją pozycję na agresywnej retoryce o uczciwości, patriotyzmie i odpowiedzialności. Tymczasem dziś opinia publiczna widzi człowieka, który z jednej strony opowiadał o konieczności oszczędzania publicznych pieniędzy, a z drugiej wydawał setki tysięcy złotych z ryczałtu poselskiego w sposób budzący coraz większe wątpliwości. To właśnie dlatego sprawa ma tak niszczący wymiar wizerunkowy.
Szczególnie kompromitujące są również informacje dotyczące kosztów podróży. Ponad 45 tysięcy złotych rozliczonych za przejazdy samochodem i kolejne tysiące za taksówki, mimo że Ziobro przez większość roku był nieobecny w Sejmie z powodu choroby, a później przebywał poza Polską. Trudno nie odnieść wrażenia, że granica między działalnością publiczną a prywatnym komfortem całkowicie się tutaj zatarła.
Najbardziej uderza jednak coś jeszcze: kompletne poczucie bezkarności. Ziobro i jego środowisko przez lata stworzyli polityczny świat, w którym każdą krytykę przedstawiano jako „atak elit”, „zemstę” albo „polowanie na prawicę”. Dziś ten mechanizm wciąż działa. Zamiast odpowiedzi na konkretne pytania pojawiają się kolejne medialne występy, kolejne polityczne tyrady i próby przedstawiania siebie jako ofiary.
Tyle że coraz trudniej utrzymać tę narrację. Bo przeciętny obywatel widzi prosty obraz: polityk ścigany przez prokuraturę wyjeżdża do USA, korzysta z dziennikarskiej wizy, współpracuje z zaprzyjaźnioną telewizją i wcześniej kupuje za publiczne pieniądze sprzęt idealny do medialnej działalności. Nawet jeśli formalnie wszystko będzie dało się wytłumaczyć, politycznie wygląda to fatalnie.
I być może właśnie dlatego sprawa Ziobry staje się dla PiS coraz większym problemem. Jeszcze niedawno był symbolem „twardego państwa”. Dziś coraz bardziej przypomina polityka uciekającego przed odpowiedzialnością i próbującego odnaleźć się w nowej roli internetowego komentatora. A to nie jest już obraz siły. To obraz politycznego i moralnego bankructwa.










