Mateusz Morawiecki od dawna próbuje budować swój polityczny przekaz na ostrych emocjach. Tym razem jednak wyraźnie przesadził.
Nazwanie urzędującego premiera „sabotażystą” nie jest już zwykłą polityczną złośliwością ani nawet brutalną kampanią wyborczą. To świadome podgrzewanie atmosfery i przesuwanie debaty publicznej w stronę języka, który bardziej przypomina propagandę niż odpowiedzialną politykę. A przecież mówimy o byłym premierze państwa, człowieku, który przez lata sam apelował o „powagę”, „bezpieczeństwo” i „odpowiedzialność za słowo”.
Najnowszy spot opublikowany przez Morawieckiego miał uderzyć w Donalda Tuska i jego politykę wobec Stanów Zjednoczonych. W rzeczywistości stał się jednak przede wszystkim pokazem politycznej histerii. „Oni budują bezpieczeństwo, a ty niszczysz” – słyszymy w nagraniu. Dalej jest jeszcze mocniej: zarzut „wypychania” amerykańskich wojsk z Polski, oskarżenia o osłabianie NATO i sugestie, że premier działa przeciw interesom własnego państwa. Kulminacją jest hasło „TuskExit”, które ma najwyraźniej budzić skojarzenia z Brexitem i narodową katastrofą.
Problem polega na tym, że Morawiecki coraz częściej nie odróżnia politycznej polemiki od zwykłego straszenia ludzi. W normalnej demokracji można spierać się o relacje z USA, o obecność wojsk amerykańskich czy o rolę Unii Europejskiej w systemie bezpieczeństwa. Ale czym innym jest krytyka, a czym innym insynuowanie, że premier Polski działa niemal na rzecz obcych interesów. To już nie jest spór programowy. To budowanie atmosfery podejrzeń i politycznej paranoi.
Szczególnie groteskowo brzmią słowa o „wypychaniu wojsk USA”. Morawiecki przedstawia sytuację tak, jakby Donald Tusk chciał wyprowadzić Amerykanów z Polski niemal siłą. Tymczasem realna polityka bezpieczeństwa wygląda znacznie bardziej skomplikowanie. Obecność wojsk amerykańskich zależy od decyzji Pentagonu, strategii NATO, sytuacji na wschodniej flance oraz relacji Waszyngtonu z całą Europą. Polska nie jest samotną wyspą prowadzącą własną geopolitykę w oderwaniu od sojuszników. Ale w narracji PiS wszystko musi być proste: oni są patriotami, przeciwnicy „sabotażystami”.
Morawiecki poszedł jeszcze dalej, mówiąc, że słowa Tuska o „podbieraniu żołnierzy” „przejdą do historii” i zapiszą się „czarnymi głoskami”. Były premier pytał dramatycznie: „O czym on mówi?”. Można odnieść wrażenie, że były szef rządu sam już nie kontroluje skali własnej retoryki. Każda wypowiedź przeciwnika urasta do rangi narodowego zagrożenia, każda różnica zdań staje się dowodem złej woli albo zdrady.
To zresztą charakterystyczne dla obecnego kryzysu PiS. Partia Jarosława Kaczyńskiego coraz wyraźniej traci zdolność prowadzenia normalnej debaty politycznej. Zamiast rzeczowych argumentów pojawiają się wielkie słowa, oskarżenia o zdradę, sugestie działania przeciw Polsce. Jeszcze kilka lat temu podobny język był domeną najbardziej radykalnych internetowych komentatorów. Dziś używa go były premier.
Najbardziej uderzające jest jednak to, że Morawiecki próbuje kreować się na jedynego gwaranta relacji z USA. To dość odważna strategia jak na polityka, którego rząd przez lata prowadził nieustanne konflikty z partnerami europejskimi, osłabiając pozycję Polski w Unii Europejskiej. PiS próbował budować politykę zagraniczną niemal wyłącznie na osobistych sympatiach i przekonaniu, że wystarczy mieć dobre relacje z konkretnym amerykańskim prezydentem. Tymczasem poważna dyplomacja nie polega na emocjonalnych deklaracjach ani politycznych spotach.
Morawiecki najwyraźniej uznał, że im ostrzejszy język, tym większa szansa na mobilizację własnego elektoratu. Tyle że taka strategia ma swoją cenę. Jeśli były premier nazywa szefa polskiego rządu „sabotażystą”, to sam przyczynia się do niszczenia resztek zaufania i powagi w życiu publicznym. A później ci sami politycy będą apelować o „jedność narodową” i „odpowiedzialność za państwo”.
Polityka nie musi być grzeczna. Ale powinna mieć jakieś granice. Mateusz Morawiecki tym razem je przekroczył.










