Karol Nawrocki najwyraźniej uznał, że najlepszym sposobem na sprawowanie urzędu prezydenta będzie nieustanne podgrzewanie politycznych emocji. Problem polega jednak na tym, że emocje to nie strategia państwowa, a referendum dotyczące polityki klimatycznej Unii Europejskiej od początku wyglądało bardziej na propagandowy spektakl niż poważną próbę rozwiązania jakiegokolwiek problemu. Senat ten pomysł odrzucił, ale Pałac Prezydencki już zapowiada „plan B”. Innymi słowy: prezydent nie zamierza porzucić politycznej awantury, nawet jeśli jej sens jest coraz bardziej wątpliwy.
Samo pytanie referendalne było zresztą przykładem politycznej manipulacji, a nie uczciwej debaty. Karol Nawrocki chciał zapytać Polaków: „Czy jest Pani/Pan za realizacją polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. To nie jest neutralne pytanie. To gotowa teza polityczna ubrana w formę referendum. Gdyby zastosować podobny standard wobec innych tematów, można byłoby równie dobrze pytać obywateli, czy są „za polityką PiS prowadzącą do chaosu w sądach i gigantycznego konfliktu z Unią Europejską”.
Nieprzypadkowo Senat odrzucił ten projekt. Większość senatorów najwyraźniej uznała, że referendum nie może być narzędziem partyjnej propagandy. Bo właśnie do tego sprowadzała się inicjatywa Nawrockiego: do próby stworzenia politycznego paliwa dla obozu prawicy. Referendum miało nie tyle rozwiązywać problemy energetyczne czy gospodarcze, ile mobilizować wyborców poprzez straszenie Unią Europejską i „zielonym zagrożeniem”.
Tymczasem rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana niż slogany wygłaszane w TV Republika. Polityka klimatyczna UE to nie wyłącznie koszty, ale również ogromne fundusze modernizacyjne, inwestycje w energetykę i próba uniezależnienia Europy od surowców zewnętrznych. Oczywiście można dyskutować o tempie zmian czy konkretnych rozwiązaniach. Problem w tym, że Nawrocki nie proponuje debaty, lecz polityczny teatr oparty na prostym podziale: „my” kontra „Bruksela”.
Szczególnie niepokojące jest jednak to, że Pałac Prezydencki nie potrafi pogodzić się z demokratyczną decyzją Senatu. Marcin Przydacz mówi dziś: „Mamy plan B” oraz „Nie porzucamy tego tematu”. Brzmi to bardziej jak zapowiedź dalszej wojny politycznej niż odpowiedzialnego działania głowy państwa. Jeszcze bardziej kuriozalnie zabrzmiały słowa, że „rozczarowani są przede wszystkim Polacy”. To klasyczna retoryka populistyczna: politycy prawicy próbują przedstawiać własne stanowisko jako jedyną wolę narodu.
W rzeczywistości Polacy są dziś przede wszystkim zmęczeni niekończącą się kampanią polityczną. Prezydent powinien zajmować się budowaniem stabilności państwa, a nie organizowaniem kolejnych ideologicznych bitew. Polska stoi przed realnymi wyzwaniami: transformacją energetyczną, bezpieczeństwem gospodarczym, cenami prądu czy koniecznością modernizacji infrastruktury. Tymczasem Nawrocki proponuje emocjonalne referendum skonstruowane tak, by wywołać gniew i strach.
Coraz wyraźniej widać zresztą, że obecny prezydent nie próbuje budować własnego stylu prezydentury. Raczej konsekwentnie wpisuje się w polityczną strategię PiS, która od lat polega na podsycaniu konfliktów i przedstawianiu Unii Europejskiej jako wygodnego przeciwnika. Problem polega na tym, że taka polityka prowadzi Polskę donikąd. Nie obniży rachunków za energię, nie przyspieszy inwestycji i nie poprawi jakości życia obywateli.
Nawrocki najwyraźniej uznał jednak, że łatwiej organizować polityczne referenda niż prowadzić odpowiedzialną rozmowę o przyszłości kraju. I właśnie dlatego ten pomysł od początku był tak niedorzeczny. Nie chodziło o rozwiązanie problemów. Chodziło o kolejną odsłonę politycznej wojny, bez której PiS najwyraźniej nie potrafi już funkcjonować.










