Prawo i Sprawiedliwość od dawna ma problem z zaakceptowaniem jednej prostej prawdy: Polska nie jest już krajem, którym można zarządzać wyłącznie poprzez propagandowe symbole, partyjne emocje i polityczny recykling zużytych nazwisk. Tymczasem pomysł, by Andrzej Duda został kandydatem PiS na prezydenta Krakowa, jest właśnie takim desperackim recyklingiem — i to w najgorszym możliwym wydaniu.
To propozycja nie tyle zaskakująca, ile zwyczajnie absurdalna.
Po odwołaniu Aleksandra Miszalskiego politycy PiS wpadli w stan politycznej gorączki. Z lokalnego referendum próbują zrobić dowód na wielki zwrot społeczny, choć rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. Mieszkańcy Krakowa głosowali przede wszystkim przeciw konkretnym decyzjom władz miasta, a nie za programem Jarosława Kaczyńskiego. Ale w PiS od dawna każde lokalne wydarzenie urasta do rangi historycznego przełomu.
I właśnie w tej atmosferze poseł Łukasz Kmita rzuca nazwisko Dudy. „Myślę, że prezydent Duda to z pewnością byłaby bardzo mocna kandydatura” — przekonuje w RMF FM. Problem polega na tym, że to bardziej wyraz politycznej bezradności niż realnej strategii.
Bo co właściwie miałby symbolizować powrót Dudy do lokalnej polityki? Sukces? Świeżość? Nową energię? Przecież Andrzej Duda jest dziś politykiem kompletnie zużytym. Dziesięć lat prezydentury pozostawiło po nim przede wszystkim obraz człowieka całkowicie podporządkowanego partyjnym interesom PiS. Trudno wskazać choćby kilka momentów, w których rzeczywiście próbował być niezależnym arbitrem życia publicznego. Zamiast tego Polacy oglądali kolejne podpisy pod ustawami demolującymi instytucje państwa i kolejne wystąpienia pełne partyjnej retoryki.
A teraz PiS chce jeszcze wmówić wyborcom w Krakowie, że ten sam polityk miałby być symbolem samorządowej odnowy?
To już nie jest brak pomysłu. To polityczna kompromitacja.
Najbardziej uderza jednak ton wypowiedzi polityków PiS. Łukasz Kmita mówi o „małym Tusku”, jakby Kraków był wyłącznie kolejnym polem wojny partyjnej. Nie ma refleksji o problemach miasta, o komunikacji, smogu, mieszkalnictwie czy finansach samorządu. Jest za to obsesyjna potrzeba sprowadzenia wszystkiego do konfliktu z Donaldem Tuskiem.
To właśnie największy problem dzisiejszego PiS: partia przestała funkcjonować w realnym świecie. Żyje wyłącznie własną propagandą. Każde wybory samorządowe są przedstawiane jako „bitwa o Polskę”. Każde referendum staje się „nokautem dla rządu”. Każdy lokalny spór ma rzekomo zwiastować rychły upadek obecnej władzy.
I dlatego pomysł z Dudą brzmi tak groteskowo. PiS zachowuje się jak ugrupowanie, które nie ma już nowych ludzi, nowych idei ani nowej energii. Pozostaje wyciąganie z politycznego magazynu kolejnych twarzy dobrze znanych z telewizji i udawanie, że oto nadchodzi wielki powrót.
Ale Kraków nie jest sceną dla politycznych rekonstrukcji.
To miasto wyjątkowo wyczulone na fałsz, propagandę i partyjne sztuczki. Próba wystawienia Dudy byłaby odebrana przez wielu mieszkańców jako dowód całkowitego lekceważenia inteligencji wyborców. Bo przecież były prezydent nie kojarzy się dziś z żadnym sukcesem samorządowym ani wizją rozwoju miasta. Kojarzy się z wojną polityczną, konfliktami konstytucyjnymi i bezrefleksyjnym podpisywaniem decyzji Kaczyńskiego.
PiS najwyraźniej tego nie rozumie. Partia nadal wierzy, że wystarczy rzucić znane nazwisko, uruchomić emocjonalną propagandę i ogłosić „wielki marsz po zwycięstwo”. Tymczasem rzeczywistość wygląda inaczej. Coraz częściej widać ugrupowanie zmęczone, nerwowe i pozbawione politycznego pomysłu na przyszłość.
A pomysł z Dudą jest tego najlepszym symbolem. Nie siły, lecz desperacji. Nie politycznej ofensywy, lecz intelektualnej pustki. I przede wszystkim — kompletnego niezrozumienia nastrojów społecznych.











