Jarosław Kaczyński i Karol Nawrocki zachowują się dziś tak, jakby nadal rządzili Polską. Problem polega na tym, że PiS władzę już stracił — a mimo to jego liderzy wciąż próbują prowadzić politykę permanentnego konfliktu, jakby kampania wyborcza nigdy się nie skończyła.
Zamiast wyciągnąć wnioski z porażki i zrozumieć, dlaczego miliony Polaków miały dość ich stylu rządzenia, obóz prawicy nadal żyje własnymi obsesjami, symbolicznymi wojenkami i teatralnymi awanturami. I właśnie dlatego coraz bardziej przypomina środowisko, które nie potrafi pogodzić się z rzeczywistością.
Najlepiej widać to po zamieszaniu wokół nominacji Zbigniewa Kapińskiego na pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. Jarosław Kaczyński jeszcze chwilę wcześniej dawał do zrozumienia, że taki wybór byłby nie do zaakceptowania. Gdy jednak Karol Nawrocki podjął decyzję po swojemu, prezes PiS nagle złagodził ton. „Nie mam do niego pretensji, że wybrał tak, jak uważa” — powiedział. Jednocześnie dodał, że sam „w dalszym ciągu uważa inaczej”.
To klasyczny przykład politycznego lawirowania człowieka, który coraz wyraźniej traci kontrolę nad własnym obozem. Kaczyński próbuje jednocześnie zachować autorytet wśród najbardziej radykalnych zwolenników PiS i nie doprowadzić do otwartego konfliktu z Nawrockim. Problem polega na tym, że coraz trudniej ukryć chaos i wzajemne napięcia wewnątrz prawicy. Jeszcze niedawno PiS przedstawiał się jako monolit kierowany „silnym przywództwem”. Dziś coraz bardziej przypomina obóz, w którym każdy zaczyna grać na własny rachunek.
Najbardziej groteskowe jest jednak to, że Kaczyński określił sprawę pierwszego prezesa Sądu Najwyższego jako „drobną”. To ten sam polityk, który przez lata przekonywał Polaków, że sądy są polem fundamentalnej walki o przyszłość państwa. Przez niemal dekadę PiS budował polityczną tożsamość na opowieści o „naprawie wymiaru sprawiedliwości”, o wielkiej wojnie z elitami III RP i konieczności odzyskania instytucji państwa. Dziś okazuje się, że wszystko można zrelatywizować jednym zdaniem, jeśli wymaga tego partyjna kalkulacja.
Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak zachowanie Karola Nawrockiego. Prezydent zamiast próbować uspokajać scenę polityczną i budować własną niezależność, coraz częściej wygląda jak polityk, który chce przejąć najbardziej emocjonalny styl uprawiania polityki po PiS. Najlepszym przykładem jest sprawa aneksu do raportu z likwidacji WSI. Nawrocki wraca do jednego z najbardziej toksycznych tematów IV RP, choć przez lata kolejni prezydenci — od Lecha Kaczyńskiego po Andrzeja Dudę — uznawali publikację aneksu za ryzykowną i potencjalnie szkodliwą dla państwa.
Nawrocki najwyraźniej uznał jednak, że najlepiej buduje się popularność przez odgrzewanie dawnych konfliktów i podsycanie atmosfery politycznej wojny. Problem polega na tym, że Polska roku 2026 nie potrzebuje kolejnych ideologicznych bitew i obsesji wokół dawnych układów. Polacy oczekują raczej stabilności, przewidywalności i poważnej debaty o przyszłości państwa. Tymczasem prawica wciąż próbuje żyć polityką sprzed piętnastu lat.
W tym wszystkim najbardziej uderza jedno: PiS zachowuje się tak, jakby utrata władzy niczego tej partii nie nauczyła. Kaczyński i jego ludzie nadal próbują mobilizować elektorat strachem, konfliktami i teoriami o nieustannej walce o Polskę. Nawrocki zaś coraz wyraźniej chce zostać politycznym spadkobiercą tej samej logiki. Tyle że społeczeństwo jest już zwyczajnie zmęczone niekończącym się spektaklem emocji i awantur.
Bo dziś największym problemem Polski nie jest brak kolejnej politycznej wojny. Problemem jest klasa polityczna, która nawet po utracie władzy nie potrafi wyjść z kampanijnego trybu i zrozumieć, że państwo nie może być zakładnikiem partyjnych ambicji. Kaczyński i Nawrocki coraz częściej wyglądają jak politycy grający w swoją własną grę, podczas gdy zwykli ludzie po prostu chcieliby wreszcie trochę spokoju.










