Polityka zagraniczna i bezpieczeństwo państwa to nie jest miejsce na partyjne gierki, obrażone miny ani demonstracyjne pokazy ambicji. Tymczasem właśnie z takim spektaklem mamy dziś do czynienia po stronie Karola Nawrockiego. Podpisany w Londynie przez Donalda Tuska i Keira Starmera traktat polsko-brytyjski to jedno z najważniejszych porozumień strategicznych ostatnich lat. A jednak prezydent postanowił skupić uwagę opinii publicznej nie na treści dokumentu, lecz na własnym urażonym ego.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Nawrocki kompletnie pogubił proporcje. Traktat przewiduje współpracę w zakresie obrony powietrznej, cyberbezpieczeństwa, zwalczania zagrożeń hybrydowych oraz organizacji wspólnych ćwiczeń wojskowych. Innymi słowy: chodzi o realne wzmacnianie bezpieczeństwa Polski w czasach wojny za wschodnią granicą i rosnących napięć geopolitycznych. W takiej sytuacji odpowiedzialny polityk powinien mówić jednym głosem z rządem i szukać wspólnego mianownika. Tymczasem Nawrocki postanowił urządzić publiczny spektakl pretensji.
– „Dobrze byłoby przed podpisywaniem zobowiązań w imieniu narodu polskiego informować Kancelarię Prezydenta i prezydenta” – stwierdził. Problem polega na tym, że te słowa brzmią bardziej jak urażona skarga urzędnika niż stanowisko głowy państwa. Zwłaszcza że sam prezydent przyznał, iż ostatecznie otrzymał informacje dotyczące dokumentu od jednego z wiceministrów. Trudno więc mówić o jakimkolwiek „tajnym” działaniu rządu.
Donald Tusk odpowiedział na te sugestie z wyraźnym zdumieniem. – „Nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś mógł wpaść na tak niebezpieczny i tak niemądry pomysł, żeby blokować poprzez na przykład brak podpisu prezydenta traktat, który po prostu wzmacnia bezpieczeństwo Polski” – powiedział premier w rozmowie z TVN24. I trudno się z nim nie zgodzić.
Bo właśnie tu dochodzimy do sedna problemu. Nawrocki najwyraźniej nie rozumie, że bezpieczeństwo państwa nie może być zakładnikiem politycznych ambicji ani wewnętrznych sporów obozu prawicy. Polska nie żyje dziś w spokojnych czasach. Rosja prowadzi agresywną politykę wobec Europy, trwa wojna w Ukrainie, cyberataki i działania hybrydowe stały się codziennością. W takich warunkach każdy nowy sojusz wzmacniający pozycję Warszawy jest wartością samą w sobie.
Trzeba też jasno powiedzieć: podpisanie traktatu z Wielką Brytanią jest sukcesem Tuska. Premier odbudowuje pozycję Polski w Europie po latach izolacji i nieustannych konfliktów wywoływanych przez PiS. Jeszcze niedawno Polska pod rządami prawicy potrafiła jednocześnie kłócić się z Berlinem, Brukselą i Paryżem, opowiadając bajki o „wstawaniu z kolan”. Efekt był taki, że Warszawa traciła wpływy, a nasi partnerzy coraz częściej traktowali Polskę jako trudnego i nieprzewidywalnego gracza.
Tusk robi dziś dokładnie odwrotnie. Buduje sieć relacji i wzmacnia współpracę z kluczowymi państwami Zachodu. Londyn pozostaje jednym z najważniejszych partnerów militarnych Europy, dysponuje potężnym wywiadem, nowoczesną armią i ogromnym doświadczeniem w zakresie cyberbezpieczeństwa. Dla Polski taki sojusz jest po prostu korzystny. I właśnie dlatego histeryczne uwagi ze strony Nawrockiego brzmią tak nieodpowiedzialnie.
Niepokoi również coś jeszcze. Coraz częściej można odnieść wrażenie, że nowy prezydent próbuje budować swoją pozycję poprzez permanentny konflikt z rządem. Nawet wtedy, gdy stawką jest bezpieczeństwo państwa. To bardzo niebezpieczna droga. Polacy nie oczekują dziś od polityków obrażania się na siebie i licytacji kompetencyjnych. Oczekują skuteczności, stabilności i zdolności do współpracy.
Donald Tusk pokazuje, że rozumie powagę sytuacji międzynarodowej. Nawrocki natomiast zdaje się uważać, że polityka zagraniczna jest kolejnym odcinkiem wojny PiS z resztą świata. Problem w tym, że świat nie będzie czekał, aż polska prawica skończy swoje wewnętrzne gry. Bezpieczeństwo buduje się poprzez rozsądek, partnerstwa i odpowiedzialność. A nie poprzez polityczne fochy w Pałacu Prezydenckim.










