Słowa Aleksandra Kwaśniewskiego o sporze wokół polsko-brytyjskiego traktatu bezpieczeństwa nie powinny zostać potraktowane jako kolejny element politycznej wymiany ciosów. Gdy były prezydent mówi, że brak komunikacji między głową państwa a rządem „to więcej niż błąd, to być może nawet przestępstwo”, warto słuchać uważnie. Zwłaszcza że mówi to polityk, który przez lata uczestniczył w budowaniu pozycji Polski w NATO i doskonale rozumie, jak kruche potrafi być zaufanie między sojusznikami.
Spór dotyczy podpisanego w Londynie przez Donalda Tuska i Keira Starmera traktatu o współpracy w zakresie bezpieczeństwa i obronności. Dokument obejmuje między innymi współpracę w zakresie obrony powietrznej, cyberbezpieczeństwa, zwalczania zagrożeń hybrydowych oraz organizacji wspólnych ćwiczeń wojskowych. Innymi słowy – dotyczy spraw absolutnie fundamentalnych dla bezpieczeństwa Polski w czasach rosyjskiej agresji i narastającej destabilizacji w Europie.
Tymczasem Karol Nawrocki postanowił wykorzystać całą sytuację do politycznej demonstracji. „Dobrze byłoby przed podpisywaniem zobowiązań w imieniu narodu polskiego informować Kancelarię Prezydenta i prezydenta” – stwierdził. Problem polega jednak na tym, że w jego wypowiedzi trudno znaleźć troskę o bezpieczeństwo państwa, a łatwo dostrzec próbę budowania politycznego konfliktu.
To szczególnie niebezpieczne dlatego, że polityka bezpieczeństwa wymaga dziś maksymalnej przewidywalności i jedności państwa. Polska znajduje się na wschodniej flance NATO, graniczy z ogarniętą wojną Ukrainą i pozostaje jednym z kluczowych partnerów Zachodu w regionie. W takich warunkach publiczne spory kompetencyjne pomiędzy prezydentem a rządem nie są „normalną demokracją”. Są sygnałem chaosu.
Kwaśniewski trafnie zauważył, że konflikty na linii rząd–prezydent „osłabiają wiarygodność państwa wobec sojuszników”. To zdanie powinno wybrzmieć szczególnie mocno. Sojusznicy nie oczekują od Polski nieustannego wewnętrznego spektaklu politycznego. Oczekują stabilności, odpowiedzialności i zdolności do szybkiego podejmowania decyzji. Jeśli brytyjscy partnerzy widzą, że po podpisaniu strategicznego traktatu polski prezydent zaczyna publicznie podważać procedury i wywoływać konflikt medialny, to trudno uznać to za działanie odpowiedzialne.
Karol Nawrocki coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który każdą sytuację interpretuje wyłącznie przez pryzmat bieżącej walki partyjnej. Nawet sprawy bezpieczeństwa narodowego stają się dla niego okazją do budowania własnej pozycji wobec rządu Donalda Tuska. To bardzo zła wiadomość dla państwa. Prezydent nie jest liderem opozycji ani komentatorem politycznych sporów. Powinien być jednym z gwarantów ciągłości i stabilności państwa.
Problem polega również na czymś jeszcze. Nawrocki, podobnie jak wielu polityków obozu PiS, zdaje się nie rozumieć, jak ogromne znaczenie ma dziś współpraca z Wielką Brytanią. Londyn pozostaje jednym z najważniejszych europejskich partnerów wojskowych Ukrainy i jednym z filarów bezpieczeństwa NATO po rosyjskiej agresji. Zacieśnianie relacji z Brytyjczykami jest więc dla Polski strategiczną koniecznością, a nie elementem krajowej gry politycznej.
Donald Tusk i jego rząd wykonali w tej sprawie ruch racjonalny i potrzebny. Podpisanie traktatu z Wielką Brytanią wzmacnia pozycję Polski, zwiększa potencjał współpracy wojskowej i pokazuje, że Warszawa pozostaje aktywnym uczestnikiem zachodniego systemu bezpieczeństwa. Zamiast wspierać ten kierunek, Nawrocki postanowił skupić uwagę opinii publicznej na proceduralnym konflikcie.
Słowa Kwaśniewskiego trzeba więc potraktować poważnie nie dlatego, że są efektowne medialnie, ale dlatego, że dotyczą fundamentów funkcjonowania państwa. W czasach geopolitycznego napięcia polityczna małostkowość może kosztować znacznie więcej niż kilka punktów w sondażach. Może kosztować utratę zaufania sojuszników.
A na takie ryzyko Polska zwyczajnie nie może sobie pozwolić.










