Donald Tusk po raz pierwszy od wielu miesięcy powiedział publicznie coś, co wielu wyborców koalicji rządzącej przeczuwało od dawna. „Sam jestem bardzo rozgoryczony sposobem postępowania niektórych instytucji i służb” – przyznał premier, komentując sprawę wyjazdu Zbigniewa Ziobry do Stanów Zjednoczonych. I trudno odmówić mu racji.
Jeśli były minister sprawiedliwości, obciążony polityczną odpowiedzialnością za lata demolowania państwa prawa, potrafi spokojnie opuścić Europę i znaleźć schronienie najpierw na Węgrzech Viktora Orbána, a potem w USA, to znaczy, że problem jest poważniejszy niż partyjna wojna. Problemem staje się samo państwo.
Przez osiem lat PiS budował system oparty nie na sprawności instytucji, lecz na politycznej lojalności. Prokuratura została podporządkowana politykom, służby zamieniono w narzędzie partyjnych interesów, a aparat państwowy przyzwyczajono do działania według logiki „chronimy swoich”. Dziś Tusk próbuje ten mechanizm odwrócić, ale najwyraźniej część instytucji nadal działa według dawnych nawyków. Premier mówi wprost o „inercji”, „braku współdziałania”, a nawet o „ewidentnym sabotażu”. To bardzo mocne słowa, ale trudno uznać je za przesadzone.
Sprawa Ziobry jest bowiem symbolem czegoś większego. Były minister sprawiedliwości nie jest zwykłym politykiem. To człowiek, który przez lata przedstawiał się jako bezkompromisowy szeryf walczący z „układami”. Tymczasem dziś sam korzysta z politycznej ochrony zagranicznych sojuszników PiS. Najpierw azyl na Węgrzech Orbána, później wyjazd do USA z wykorzystaniem „wizy członka zagranicznych mediów”. Trudno o bardziej gorzką ironię.
PiS natychmiast próbował wykorzystać tę sytuację przeciwko Tuskowi. Politycy partii Kaczyńskiego przedstawiają wyjazd Ziobry jako dowód nieudolności obecnej władzy. Tyle że to narracja wyjątkowo cyniczna. To przecież właśnie rządy PiS przez lata osłabiały niezależność instytucji, niszczyły standardy państwa prawa i tworzyły atmosferę bezkarności dla ludzi związanych z obozem władzy. Dzisiaj skutki tamtej polityki wracają jak bumerang.
Tusk ma więc rację, gdy mówi: „Mi determinacji nie brakuje i na pewno tego nie odpuszczę, ale nie wszyscy pomagają”. W tych słowach słychać nie tylko frustrację, ale też świadomość, że rozliczenie poprzedniej ekipy nie będzie prostym politycznym spektaklem. Państwo nie działa jak przełącznik światła. Nie da się w kilka miesięcy naprawić mechanizmów niszczonych przez niemal dekadę.
Warto też zauważyć, że premier nie próbuje uciekać od odpowiedzialności. Nie twierdzi, że wszystko działa idealnie. Nie opowiada propagandowych bajek o „sukcesie służb”. Przeciwnie – publicznie przyznaje, że sytuacja go rozczarowała. W polskiej polityce to rzadkość. Przez lata PiS przyzwyczaił opinię publiczną do modelu, w którym władza nigdy nie popełnia błędów, a każda porażka jest winą „zagranicy”, „elit” albo „spisku”. Tusk mówi coś odwrotnego: państwo zawiodło i trzeba je naprawić.
To podejście może być mniej efektowne medialnie, ale jest dojrzalsze. Demokracja nie polega na triumfalnych konferencjach prasowych i propagandowych hasłach. Polega na odbudowie instytucji zdolnych działać niezależnie od politycznych sympatii. Jeśli dziś premier otwarcie mówi o problemach wewnątrz aparatu państwa, to dlatego, że wie, iż prawdziwa odbudowa Polski zaczyna się właśnie tam – w prokuraturze, służbach i urzędach.
Największym sukcesem Tuska nie będzie więc kolejna polityczna awantura z PiS. Będzie nim dopiero moment, w którym państwo odzyska zdolność skutecznego działania wobec wszystkich – także wobec ludzi dawniej uważających się za nietykalnych.










