W polityce są momenty, gdy trzeba wybrać między państwem a partyjnym interesem. Spór wokół polsko-brytyjskiego traktatu o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa pokazuje, że otoczenie Karola Nawrockiego najwyraźniej postanowiło postawić na drugą opcję. Trudno bowiem inaczej zrozumieć awanturę wywołaną wokół dokumentu, który ma wzmacniać bezpieczeństwo Polski w coraz bardziej niestabilnym świecie.
Podpisany w Londynie przez Donalda Tuska i Keira Starmera traktat jest jednym z najważniejszych porozumień międzynarodowych zawartych przez Polskę w ostatnich latach. Dotyczy współpracy wojskowej, bezpieczeństwa i koordynacji działań obu państw. W normalnych warunkach powinien stać się przedmiotem ponadpartyjnego konsensusu. Tymczasem już kilka godzin po podpisaniu dokumentu z Pałacu Prezydenckiego zaczęły płynąć sygnały sugerujące pretensje, żale i polityczne oburzenie.
Karol Nawrocki stwierdził, że „dobrze byłoby przed podpisywaniem zobowiązań w imieniu narodu polskiego informować Kancelarię Prezydenta”. Samo oczekiwanie współpracy między instytucjami państwa nie jest niczym niezwykłym. Problem pojawia się wtedy, gdy z uwag proceduralnych buduje się polityczny spektakl mający podważyć znaczenie samego porozumienia.
Jeszcze dalej poszedł rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz. Według niego Donald Tusk miał rzekomo nie poinformować prezydenta o szczegółach traktatu tylko po to, aby później „uruchomić manipulacyjną narrację” dotyczącą ewentualnego podpisu głowy państwa pod ustawą ratyfikacyjną. To zarzut tyleż poważny, co całkowicie pozbawiony przekonujących dowodów.
Warto zadać pytanie: na co właściwie liczą ludzie z otoczenia Nawrockiego? Jaką korzyść polityczną ma przynieść sugerowanie konfliktu wokół dokumentu dotyczącego bezpieczeństwa państwa?
Być może chodzi o stworzenie wrażenia, że nowy prezydent jest marginalizowany przez rząd. To narracja dobrze znana z czasów poprzednich sporów między PiS a Donaldem Tuskiem. Problem polega jednak na tym, że bezpieczeństwo państwa nie jest dobrym polem do odgrywania roli politycznej ofiary. Jeżeli bowiem ktoś publicznie sugeruje możliwość problemów z ratyfikacją ważnego traktatu, musi liczyć się z pytaniami o własne intencje.
Donald Tusk odpowiedział na te sugestie dość stanowczo. „Nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś mógł wpaść na tak niebezpieczny i tak niemądry pomysł, żeby blokować, poprzez na przykład brak podpisu prezydenta, traktat, który po prostu wzmacnia bezpieczeństwo Polski” – powiedział premier. Trudno odmówić logiki temu stanowisku. Ewentualna blokada lub przeciąganie procedury ratyfikacyjnej byłoby bowiem sygnałem niezrozumiałym zarówno dla polskich obywateli, jak i dla brytyjskich partnerów.
Jeszcze bardziej zaskakuje ton wypowiedzi Rafała Leśkiewicza, który zarzucił premierowi „polityczną małostkowość” i nazwał deklaracje współpracy „zwykłymi frazesami”. Takie słowa mogą dobrze brzmieć w mediach społecznościowych, ale trudno uznać je za przejaw odpowiedzialnej komunikacji ze strony kancelarii prezydenta. Zwłaszcza gdy dotyczą kwestii strategicznych dla państwa.
W całej sprawie uderza coś jeszcze. Otoczenie Nawrockiego zdaje się funkcjonować w logice permanentnego konfliktu. Każde działanie rządu jest interpretowane jako prowokacja, każdy sukces dyplomatyczny jako potencjalne zagrożenie dla politycznego interesu obozu prezydenckiego. Taka postawa może mobilizować najtwardszy elektorat, ale nie buduje autorytetu głowy państwa.
Polacy nie oczekują od prezydenta, że będzie obrażonym recenzentem wszystkich działań rządu. Oczekują, że w sprawach bezpieczeństwa będzie partnerem zdolnym wznieść się ponad bieżące spory. Jeśli otoczenie Karola Nawrockiego uważa, że polityczne korzyści przyniesie podsycanie konfliktu wokół traktatu z Wielką Brytanią, może się boleśnie rozczarować.
Bo w sprawach bezpieczeństwa wyborcy zazwyczaj nagradzają odpowiedzialność, a nie polityczne fochy. I właśnie dlatego cała ta awantura wygląda bardziej na próbę przykrycia własnej słabości niż na obronę interesów państwa.










