W polskiej polityce istnieje pewien dobrze znany mechanizm. Kiedy brakuje argumentów, kiedy fakty okazują się niewygodne, kiedy trudno odpowiedzieć na rzeczową krytykę – wtedy wyciąga się Smoleńsk. Nie po to, by wyjaśniać okoliczności tragedii, lecz po to, by zamknąć dyskusję. Ostatnia reakcja Pawła Szefernakera na słowa Radosława Sikorskiego jest podręcznikowym przykładem takiej właśnie politycznej ucieczki.
Cały spór rozpoczął się od uwag ministra spraw zagranicznych dotyczących kompetencji prezydenta. Radosław Sikorski przypomniał rzecz oczywistą, choć najwyraźniej coraz częściej wymagającą przypomnienia: w polskim systemie konstytucyjnym prezydent nie stoi ponad rządem i nie kieruje władzą wykonawczą.
„Pan prezydent musi zrozumieć, że jest częścią państwa polskiego, a nie stoi ponad państwem polskim” – mówił Sikorski. I trudno odmówić mu racji. Polska nie jest republiką prezydencką. Nie jest też monarchią. Kompetencje głowy państwa zostały jasno określone przez konstytucję.
Minister dodał jeszcze bardziej dosadnie: „Jeśli pan prezydent chciał być prezydentem, który jest szefem władzy wykonawczej, to powinien był kandydować na prezydenta we Francji albo w Stanach Zjednoczonych”. To zdanie mogło zaboleć politycznych sympatyków Karola Nawrockiego, ale pozostaje zgodne z ustrojową rzeczywistością.
Problem polega na tym, że zamiast odpowiedzieć na tę argumentację, obóz prezydencki postanowił zmienić temat.
Sikorski przypomniał bowiem także niebezpieczeństwo związane z przekraczaniem kompetencji przez polityków. Nawiązując do katastrofy smoleńskiej, stwierdził: „Był już taki prezydent, który uzurpował sobie prawo do podejmowania decyzji, które nie leżały w jego kompetencjach”. Następnie przypomniał sytuację, w której – jak mówił – oczekiwano od prezydenta decyzji dotyczącej wyboru lotniska zapasowego, choć nie należało to do jego kompetencji.
To właśnie ten fragment wywołał gwałtowną reakcję Pawła Szefernakera. Szef gabinetu prezydenta nie podjął jednak polemiki z główną tezą Sikorskiego. Nie wykazał, że minister myli się w kwestii kompetencji prezydenta. Nie przedstawił argumentów prawnych. Nie odwołał się do konstytucji.
Zamiast tego ogłosił: „Materiałem źródłowym wypowiedzi Sikorskiego o śp. Prezydencie Lechu Kaczyńskim i Katastrofie Smoleńskiej jest raport rosyjskiego MAK”.
To klasyczna polityczna zasłona dymna. Samo przywołanie raportu MAK ma wywołać emocjonalną reakcję i sprawić, że nikt nie będzie już analizował meritum sprawy. W tej narracji nie liczy się, czy argument jest trafny. Liczy się jedynie to, by przykleić przeciwnikowi odpowiednią etykietę.
Tymczasem warto zauważyć, że Sikorski nie prowadził sporu o przyczyny katastrofy smoleńskiej. Mówił o granicach kompetencji państwowych urzędników i o niebezpieczeństwie wynikającym z ich przekraczania. To dwa zupełnie różne zagadnienia.
Jeszcze bardziej osobliwie brzmi druga część wpisu Szefernakera. „Sikorski sprawuje dziś urząd ministra spraw zagranicznych, bo taki jest kaprys Donalda Tuska” – napisał polityk prezydenckiego zaplecza.
Kaprys? Trudno o bardziej lekceważące określenie wobec człowieka, który był ministrem obrony narodowej, marszałkiem Sejmu i wieloletnim szefem polskiej dyplomacji. Można nie zgadzać się z Sikorskim, można krytykować jego poglądy, ale sprowadzanie jego pozycji do „kaprysu” premiera świadczy bardziej o emocjach autora niż o sile argumentacji.
Co więcej, takie wypowiedzi pokazują szerszy problem obozu Karola Nawrockiego. Zamiast odpowiadać na pytania dotyczące funkcjonowania państwa, coraz częściej wybiera on politykę oburzenia. Każda krytyka staje się „atakiem”, każda polemika „skandalem”, a każda niewygodna uwaga „przekroczeniem granic”.
Radosław Sikorski zrobił coś, czego politycy często unikają – przypomniał o zasadach ustrojowych i odpowiedzialności za państwo. Można dyskutować o formie jego wypowiedzi, ale nie sposób zaprzeczyć, że dotykała ona kwestii fundamentalnej: kto za co odpowiada w polskim systemie politycznym.
Szefernaker nie odpowiedział na to pytanie. Zamiast tego zaproponował kolejną odsłonę polityki symboli, emocji i historycznych skojarzeń. Problem w tym, że państwem nie da się zarządzać za pomocą symboli. Państwo wymaga procedur, kompetencji i odpowiedzialności. Właśnie o tym mówił Sikorski. I właśnie dlatego jego słowa okazały się tak niewygodne dla prezydenckiego otoczenia.










