Karol Nawrocki i jego polityczne zaplecze znaleźli się w wyjątkowo niewygodnej sytuacji. Przez wiele miesięcy przekonywali Polaków, że unijny program SAFE jest zagrożeniem dla polskiej suwerenności, że oznacza uzależnienie od Brukseli, a przede wszystkim – że pieniądze z niego popłyną do zagranicznych koncernów zbrojeniowych. Dziś rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te opowieści.
Polska nie tylko została największym beneficjentem programu SAFE, otrzymując możliwość pozyskania aż 43,7 mld euro, czyli ponad 180 mld złotych, ale także jako pierwsza podpisała stosowną umowę z Komisją Europejską. Co więcej, pierwsze kontrakty już trafiają do polskich przedsiębiorstw, a kolejne miliardy złotych pozostają w krajowym przemyśle obronnym.
W tym kontekście trudno nie przyznać racji Radosławowi Sikorskiemu, który zarzucił obozowi Karola Nawrockiego zwykłe kłamstwo. Szef polskiej dyplomacji napisał wprost, że politycy związani z prezydentem „kłamali, że pieniądze zostaną wydane, tak jak za ich czasów, na zagraniczny sprzęt”. To oskarżenie wyjątkowo mocne, ale trudno znaleźć argumenty, które mogłyby je podważyć.
Fakty są bowiem bezlitosne. W czwartek podpisano pierwsze umowy finansowane ze środków SAFE na potrzeby Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni. W sobotę podpisano kolejnych 29 kontraktów o wartości 78 miliardów złotych. Łącznie mowa już o 62 umowach z polskim przemysłem obronnym, których wartość sięga 120 miliardów złotych. To nie są deklaracje ani polityczne obietnice. To konkretne dokumenty, konkretne zamówienia i konkretne miejsca pracy.
Sikorski celnie podsumował sytuację, pisząc: „Tym łgarstwom właśnie zadali kłam Władysław Kosiniak-Kamysz i Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, podpisując z polskim przemysłem obronnym 62 umowy na 120 miliardów złotych”.
W całej tej historii szczególnie uderza postawa Karola Nawrockiego. Człowiek, który tak chętnie występuje w roli obrońcy polskiego interesu narodowego, zawetował ustawę wdrażającą SAFE. Oznacza to, że w praktyce próbował zablokować mechanizm, dzięki któremu do Polski trafiają gigantyczne środki na rozwój krajowej zbrojeniówki. Trudno znaleźć bardziej jaskrawy przykład rozdźwięku między polityczną retoryką a rzeczywistymi działaniami.
Jeszcze bardziej zastanawia fakt, że przeciwko programowi występowały środowiska, które przez lata przedstawiały się jako rzecznicy silnej armii i rozwoju przemysłu obronnego. Gdy jednak pojawiła się możliwość pozyskania rekordowych środków finansowych dla polskich przedsiębiorstw, nagle ważniejsza okazała się polityczna wojna z rządem niż interes państwa.
Program SAFE nie jest przecież prezentem od Brukseli. To instrument, z którego Polska korzysta przede wszystkim dlatego, że znajduje się na pierwszej linii zagrożeń bezpieczeństwa w Europie. Wojna za naszą wschodnią granicą wymaga szybkiego dozbrajania armii, rozbudowy zdolności produkcyjnych i wzmacniania krajowego przemysłu. Każdy odpowiedzialny polityk powinien rozumieć, że w tej sprawie nie ma miejsca na ideologiczne uprzedzenia.
Dlatego warto docenić postawę Radosława Sikorskiego. Można się z nim spierać w wielu kwestiach, ale w sprawie SAFE zachował się jak minister odpowiedzialny za interes państwa. Zamiast prowadzić polityczne wojny o symbole, wskazał na liczby, umowy i fakty. A te są jednoznaczne.
Polska otrzymała pierwszą transzę środków w wysokości 6 miliardów euro. Polskie firmy podpisały już dziesiątki kontraktów. Setki miliardów złotych mają trafić do krajowego sektora obronnego. To sukces, który powinien łączyć, a nie dzielić.
Tymczasem Karol Nawrocki po raz kolejny pokazał, że dla części polskiej prawicy ważniejsze od wzmacniania państwa jest podtrzymywanie politycznej narracji, nawet wtedy, gdy fakty mówią coś zupełnie innego. SAFE stał się więc nie tylko programem modernizacji armii. Stał się także testem wiarygodności polityków. I trudno oprzeć się wrażeniu, że ten egzamin obóz prezydenta po prostu oblał.










