Są takie momenty w polityce, kiedy rzeczywistość brutalnie rozprawia się z propagandą. Program SAFE stał się właśnie jednym z nich.
Przez wiele miesięcy politycy PiS, z Mariuszem Błaszczakiem na czele, przekonywali opinię publiczną, że europejskie środki przeznaczone na bezpieczeństwo oznaczają w praktyce finansowanie zagranicznych, a przede wszystkim niemieckich producentów uzbrojenia. Tymczasem pierwsze kontrakty realizowane w ramach programu pokazują coś dokładnie odwrotnego. Pieniądze trafiają do polskiego przemysłu obronnego, a sprzęt będzie służył polskim żołnierzom.
To dlatego słowa Władysława Kosiniaka-Kamysza zabrzmiały tak mocno. Szef MON nie tylko przedstawił fakty, ale również bezlitośnie rozprawił się z narracją budowaną przez opozycję. „Program Polska SAFE to polskie uzbrojenie dla polskiego wojska” – podkreślił. Trudno o bardziej jednoznaczne podsumowanie.
Przez długie tygodnie PiS próbował przekonać Polaków, że rząd zgadza się na rozwiązania szkodliwe dla krajowego przemysłu. Straszenie niemieckimi firmami stało się jednym z głównych elementów politycznej kampanii prowadzonej przez polityków tej partii. Problem polega jednak na tym, że fakty okazały się wyjątkowo niewygodne.
Jak zauważył Kosiniak-Kamysz, „ta niemiecka narracja, która była powtarzana przez wiele tygodni, że to będzie sprzęt kupiony w Niemczech, w niemieckich firmach, w ostatnie trzy dni, kiedy mieliśmy ten objazd po kraju, ta narracja po prostu legła w gruzach, już to jest nie do obrony”. To zdanie powinno przejść do politycznej historii jako przykład momentu, w którym propaganda zderzyła się z rzeczywistością.
Szczególnie interesująca jest w tej sprawie rola Mariusza Błaszczaka. Były minister obrony od miesięcy występuje w roli bezkompromisowego krytyka obecnego kierownictwa MON. Problem w tym, że coraz częściej jego wypowiedzi przypominają polityczny marketing, a nie odpowiedzialną debatę o bezpieczeństwie państwa.
Bezpieczeństwo narodowe nie powinno być przecież obszarem, w którym liczy się wyłącznie doraźny interes partyjny. Tymczasem właśnie taki charakter miały liczne ataki na program SAFE. Zamiast wspierać rozwiązania wzmacniające potencjał Wojska Polskiego, część opozycji próbowała przedstawić je jako zagrożenie. Dziś okazuje się, że były to zarzuty pozbawione podstaw.
Jeszcze bardziej wymowne są słowa Kosiniaka-Kamysza dotyczące jednostek wojskowych tworzonych za czasów poprzedniego kierownictwa resortu. „Oczekiwałbym od mojego poprzednika, nie że codziennie od świtu do nocy będzie sobie wpisywał na twitterku, na X-ie swoje przemyślenia, tylko że doceni to, że jednostki, które były przez niego tworzone, które nie miały ani ludzi, ani wyposażenia, dzisiaj to wszystko dzięki programowi SAFE otrzymują” – stwierdził minister.
Trudno nie dostrzec trafności tej uwagi. Jeśli rzeczywiście celem polityka jest dobro armii, powinien cieszyć się z faktu, że formacje wojskowe otrzymują sprzęt i środki niezbędne do działania. Tymczasem reakcje wielu polityków PiS sugerują, że większe znaczenie ma możliwość prowadzenia politycznego sporu niż rzeczywiste wzmacnianie zdolności obronnych państwa.
Warto też zwrócić uwagę na szerszy wymiar całej sprawy. Program SAFE nie jest abstrakcyjnym projektem zapisanym w urzędniczych dokumentach. To konkretne zamówienia, konkretne miejsca pracy i konkretne zdolności produkcyjne rozwijane w polskich zakładach zbrojeniowych. To również realne wsparcie dla żołnierzy, którzy otrzymują nowoczesne wyposażenie.
Dlatego dzisiejsza debata wokół SAFE jest czymś więcej niż kolejną odsłoną politycznej wojny. To test wiarygodności. Po jednej stronie stoją ci, którzy od miesięcy straszyli niemieckim sprzętem i zagranicznymi interesami. Po drugiej są fakty pokazujące, że środki trafiają do polskich producentów i służą polskiej armii.
Narracja PiS rozsypała się jak domek z kart. A wraz z nią osłabła wiarygodność polityków, którzy próbowali budować kapitał polityczny na wzniecaniu nieuzasadnionych obaw. W tej konfrontacji to nie propaganda wygrała z rzeczywistością. Wygrały fakty. I właśnie dlatego Władysław Kosiniak-Kamysz może dziś mówić o sukcesie, a Mariusz Błaszczak powinien raczej tłumaczyć się z własnych słów niż wygłaszać kolejne polityczne oskarżenia.










