Prawo i Sprawiedliwość złożyło wniosek o wotum nieufności wobec ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego. Oficjalny powód? Rzekomy „chaos w służbach”, „bezradność państwa” i seria kompromitacji, które – zdaniem polityków opozycji – mają dyskwalifikować obecnego szefa MSWiA. Problem polega jednak na tym, że zarzuty formułowane przez PiS brzmią szczególnie niewiarygodnie, gdy przypomnimy sobie, jak wyglądało zarządzanie bezpieczeństwem państwa za rządów tej partii.
Mariusz Błaszczak ogłaszając wniosek napisał: „Dość chaosu i kompromitacji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji”. Z kolei Marlena Maląg przekonywała, że „Marcin Kierwiński stał się symbolem nieudolności tego rządu”. Takie słowa mogłyby robić wrażenie, gdyby nie fakt, że padają z ust polityków formacji, która przez osiem lat konsekwentnie traktowała państwo jak partyjny łup.
Najbardziej znamienne jest jednak to, kto występuje dziś w roli surowego recenzenta. Mariusz Błaszczak był ministrem obrony narodowej w czasie, gdy w polskiej przestrzeni powietrznej pojawiła się rosyjska rakieta, która następnie przez wiele miesięcy pozostawała niezauważona przez państwowe instytucje. Dopiero przypadkowa osoba znalazła ją w lesie pod Bydgoszczą. To wydarzenie było jedną z największych kompromitacji systemu bezpieczeństwa po 1989 roku.
Nic dziwnego, że Kierwiński odpowiedział wyjątkowo celnie. „To nawet zabawne, że czyni to człowiek, któremu miłośniczka jazdy konnej znalazła 6-metrową ruską rakietę w lesie. Po pół roku!” – napisał minister. Trudno o bardziej trafne przypomnienie politycznej amnezji, która od dawna cechuje wielu działaczy PiS.
Oczywiście można dyskutować o błędach obecnego rządu. Można analizować medialne wpadki, niefortunne wystąpienia czy problemy organizacyjne. W demokratycznym państwie jest to rzeczą naturalną. Jednak czym innym jest merytoryczna krytyka, a czym innym próba stworzenia politycznego spektaklu przez ugrupowanie, które samo pozostawiło po sobie długą listę zaniedbań.
Warto zauważyć, że PiS nie składa tego wniosku dlatego, że nagle odkryło troskę o jakość działania państwa. To element szerszej strategii politycznej. Partia Jarosława Kaczyńskiego od miesięcy próbuje odzyskać inicjatywę poprzez nieustanne konflikty i kolejne sejmowe awantury. Problem w tym, że coraz częściej przypomina to działanie pozbawione wiarygodności.
Polacy pamiętają przecież nie tylko historię rosyjskiej rakiety. Pamiętają aferę z granatnikiem odpalonym w Komendzie Głównej Policji. Pamiętają liczne przypadki upolityczniania służb i instytucji państwowych. Pamiętają również niekończące się konferencje prasowe, podczas których przedstawiciele PiS zapewniali o swojej skuteczności, podczas gdy rzeczywistość regularnie te deklaracje weryfikowała.
Dlatego dzisiejszy atak na Marcina Kierwińskiego sprawia wrażenie politycznej projekcji. Zarzuty stawiane ministrowi są w dużej mierze odbiciem problemów, z którymi przez lata nie potrafili poradzić sobie jego poprzednicy. To trochę tak, jakby strażak oskarżał innych o pożar, stojąc obok własnego płonącego domu.
Kierwiński ma prawo bronić swojego dorobku i odpowiadać na zarzuty opozycji. Jeszcze większe prawo mają jednak obywatele, by oczekiwać od polityków minimum konsekwencji. A tej w działaniach PiS wyraźnie brakuje. Trudno bowiem pouczać innych o kompetencjach, kiedy samemu pozostawiło się po sobie tak wiele symbolicznych i realnych porażek.
Wniosek o wotum nieufności zapewne stanie się kolejnym elementem politycznej wojny. Nie zmieni jednak podstawowego faktu: jeśli ktoś chce dziś rozliczać innych z jakości zarządzania bezpieczeństwem państwa, powinien najpierw uczciwie rozliczyć własne błędy. W przeciwnym razie nawet najgłośniejsze oskarżenia brzmią jak wyjątkowo mało przekonujący żart.










