W polskiej polityce nie brakuje tematów, które wywołują silne emocje. Historia relacji polsko-ukraińskich, pamięć o rzezi wołyńskiej czy ocena działalności UPA należą do spraw szczególnie bolesnych i wymagających rozwagi. Tym bardziej niepokoi sytuacja, gdy głowa państwa wykorzystuje je do budowania własnego wizerunku politycznego. Ostatnia wypowiedź prezydenta Karola Nawrockiego dotycząca możliwości odebrania Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego pokazuje, jak łatwo odpowiedzialną politykę zastąpić medialnym spektaklem.
Nie ma wątpliwości, że decyzja władz ukraińskich o nadaniu jednej z jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA” jest dla wielu Polaków nie do zaakceptowania. Trudno oczekiwać, by państwo polskie przechodziło nad takimi gestami do porządku dziennego. Jednak czym innym jest stanowcza reakcja dyplomatyczna, a czym innym publiczne licytowanie się na patriotyczne deklaracje.
W tym kontekście słowa ministra spraw wewnętrznych Marcina Kierwińskiego brzmią wyjątkowo trzeźwo. „Jest czymś niewłaściwym, gdy prezydent Polski bez zastanowienia się nad tym, bez jakiejś pogłębionej analizy, wychodzi z Pałacu Prezydenckiego na jakiś rodzaj spaceru, ustawki medialnej i pokazuje, że niby jest twardy” – powiedział szef MSWiA. Trudno odmówić mu racji.
Polska potrzebuje dziś polityków zdolnych do chłodnej oceny sytuacji geopolitycznej, a nie kolejnych aktorów politycznego teatru. Zwłaszcza że wojna za naszą wschodnią granicą wciąż trwa, a bezpieczeństwo Polski pozostaje ściśle związane z losem Ukrainy. W takich warunkach każde słowo prezydenta ma znaczenie wykraczające daleko poza krajową debatę polityczną.
Nawrocki zdaje się jednak coraz częściej wybierać drogę efektownych gestów. Łatwo jest rzucić hasło o odebraniu najwyższego polskiego odznaczenia. Trudniej przedstawić realny plan działania, który jednocześnie broniłby polskiej pamięci historycznej i wzmacniał pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Polityka zagraniczna nie jest konkursem na najbardziej dosadną wypowiedź. To sztuka osiągania celów państwa.
Kierwiński wyraźnie podkreślił, że należy „dochodzić prawdy historycznej” i że Polska ma prawo uznać działania Zełenskiego za „rzecz nieakceptowalną”. Jednocześnie zwrócił uwagę na konieczność zachowania proporcji i odpowiedzialności. To podejście dojrzałe, bo łączy troskę o pamięć historyczną z realizmem politycznym.
Co więcej, minister przypomniał niewygodny fakt dla polityków związanych z poprzednią ekipą rządzącą. Jak zauważył, poprzedni rząd „miał okazję być twardy, żeby walczyć o ekshumację na Wołyniu”, jednak efekty tych działań były więcej niż skromne. Przez lata słyszeliśmy głośne deklaracje, ostre wystąpienia i patriotyczne przemówienia. Tymczasem postęp w sprawie ekshumacji był niewielki. Dopiero obecny rząd doprowadził do przyspieszenia tego procesu.
To właśnie tutaj najlepiej widać różnicę między polityką skuteczną a polityką widowiskową. Jedna przynosi rezultaty, druga generuje nagłówki. Jedna wymaga cierpliwości i negocjacji, druga opiera się na emocjach i medialnych gestach.
Karol Nawrocki najwyraźniej uznał, że twarde słowa wystarczą, by zaprezentować się jako obrońca polskich interesów. Problem polega na tym, że od prezydenta oczekuje się czegoś więcej niż efektownych deklaracji. Oczekuje się odpowiedzialności, rozwagi i zdolności przewidywania konsekwencji własnych działań.
Historia Wołynia zasługuje na prawdę i pamięć. Nie zasługuje natomiast na wykorzystywanie jej jako narzędzia bieżącej walki politycznej. W tej sprawie bardziej przekonujące wydają się słowa Marcina Kierwińskiego niż kolejne medialne demonstracje siły. Państwo nie potrzebuje bowiem politycznych pokazów. Potrzebuje skuteczności.










