Jeżeli ktoś jeszcze wierzy, że Prawo i Sprawiedliwość jest dziś monolitem, to najbliższe posiedzenie Komitetu Politycznego może brutalnie zweryfikować te wyobrażenia. Oficjalnie działacze partii uspokajają nastroje, bagatelizują doniesienia mediów i przekonują, że żadnego „armagedonu” nie będzie. Jednak im głośniej politycy PiS mówią o jedności, tym bardziej oczywiste staje się, że problem istnieje naprawdę. A jego źródłem jest Mateusz Morawiecki i jego polityczne ambicje.
Nieprzypadkowo centrum zainteresowania stało się stowarzyszenie Rozwój Plus. Gdyby była to inicjatywa całkowicie neutralna, nikt nie poświęcałby jej tyle uwagi. Tymczasem w PiS od miesięcy trwa dyskusja o tym, kto będzie następcą Jarosława Kaczyńskiego i kto przejmie kontrolę nad partią po zakończeniu jego politycznej ery. Morawiecki najwyraźniej uznał, że nie zamierza biernie czekać na rozwój wydarzeń.
Według medialnych doniesień prezes PiS „stanowczo sprzeciwia się” funkcjonowaniu wszelkich stowarzyszeń, które mogłyby stanowić polityczną konkurencję wewnątrz partii. Trudno się temu dziwić. Kaczyński przez całe dekady budował ugrupowanie oparte na ścisłej dyscyplinie i centralnym przywództwie. Powstawanie alternatywnych ośrodków wpływu zawsze traktował jako zagrożenie.
Problem polega na tym, że sam stworzył warunki do obecnego kryzysu. Przez lata promował polityków, którzy zamiast budować program i zdobywać wyborców, zajmowali się walką o pozycję wewnątrz obozu. Dziś rachunek za tę politykę wystawia właśnie Mateusz Morawiecki.
Poseł Marek Suski przekonuje, że media przesadzają. „Jeśli mówią o jakimś rzekomym dyscyplinowaniu, to wiadomo, że ci, którzy nas nie lubią, oczywiście będą mówić o jakiejś katastrofie. A później będą musieli wymyślać, cóż to była za katastrofa, skoro nic się nie wydarzyło” – stwierdził. Tyle że politycy PiS od lat stosują tę samą metodę komunikacji. Najpierw zaprzeczają problemowi, potem przyznają, że jednak istnieje, a na końcu tłumaczą, że wszystko jest pod kontrolą.
Wystarczy przypomnieć wcześniejsze konflikty między różnymi frakcjami partii. Zbigniew Ziobro miał być lojalnym koalicjantem. Nie był. Andrzej Duda miał być całkowicie przewidywalny. Nie był. Mateusz Morawiecki miał zadowolić się rolą byłego premiera. Najwyraźniej również nie zamierza.
Szczególnie interesujące jest to, że politycy PiS sami przyznają, iż konieczne może być „zwrócenie uwagi”. Suski mówi: „Jak znam życie, co najwyżej może być zwrócenie uwagi, że wszyscy powinni współpracować”. To zdanie brzmi niewinnie, ale w realiach PiS oznacza coś zupełnie innego. Jeżeli prezes musi przypominać swoim współpracownikom o współpracy, to znaczy, że współpracy już dawno nie ma.
Co więcej, sam Suski przyznaje, że Jarosław Kaczyński „potrafi zwrócić uwagę w bardzo kulturalny sposób”. To również charakterystyczny fragment. W PiS od lat obowiązuje zasada, że o sporach mówi się półgębkiem, używając łagodnych określeń. „Zwrócenie uwagi” oznacza reprymendę. „Dyscyplina” oznacza ostrzeżenie. „Współpraca” oznacza podporządkowanie się decyzji kierownictwa.
Dzisiejsze spotkanie przy Nowogrodzkiej może więc być znacznie bardziej burzliwe, niż chcieliby przyznać jego uczestnicy. Nawet jeśli nie zobaczymy spektakularnych dymisji czy otwartego buntu, napięcie jest widoczne gołym okiem. Morawiecki buduje własne zaplecze. Inni politycy budują własne wpływy. A Jarosław Kaczyński próbuje utrzymać kontrolę nad coraz bardziej niespokojnym obozem.
Największy problem PiS polega jednak na czymś innym. Partia, która jeszcze niedawno przekonywała wyborców o swojej wyjątkowej skuteczności i jedności, coraz częściej sprawia wrażenie ugrupowania zajętego przede wszystkim własnymi konfliktami. Zamiast rozmawiać o Polsce, gospodarce czy przyszłości kraju, politycy PiS debatują nad tym, kto ma większe wpływy i komu wolno organizować własne stowarzyszenia.
Jeżeli dziś na Nowogrodzkiej rzeczywiście dojdzie do awantury, nie będzie ona skutkiem działań przeciwników politycznych ani medialnych spekulacji. Będzie rezultatem wieloletniej walki o władzę, która toczy się wewnątrz samego PiS. A jednym z jej głównych bohaterów pozostaje Mateusz Morawiecki – polityk, który coraz wyraźniej pokazuje, że interesuje go nie tylko przyszłość partii, ale również własna polityczna kariera.










