Jeszcze niedawno politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali swoich wyborców, że są monolitem. Zjednoczoną drużyną, która mimo różnic potrafi działać wspólnie dla dobra prawicy. Dziś ten obraz coraz bardziej przypomina polityczną fikcję. W partii Jarosława Kaczyńskiego kolejne tygodnie przynoszą nowe konflikty, wzajemne oskarżenia i publiczne połajanki. Można odnieść wrażenie, że dzień bez awantury w PiS jest już uznawany za dzień stracony.
Najnowszy spór wybuchł wokół stowarzyszenia Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego. Sam fakt, że inicjatywa byłego premiera wywołuje w obozie prawicy tak nerwowe reakcje, pokazuje skalę problemów wewnętrznych ugrupowania. Nie chodzi już bowiem o różnice programowe czy strategię polityczną. Chodzi o walkę o wpływy, pozycję i przyszłe przywództwo.
Iskrę zapalną stały się słowa Patryka Jakiego. Europoseł PiS podczas konferencji prasowej nie krył irytacji wobec inicjatywy Morawieckiego. „Uważam, że wszystkie działania, które rozbijają w tej chwili prawicę, służą tylko i wyłącznie tej szajce Tuska” – oświadczył. Chwilę później dodał jeszcze bardziej wymowne zdanie: „Po co mamy w takim razie partię, skoro inni muszą tworzyć stowarzyszenia”.
W polityce takie wypowiedzi rzadko pozostają bez odpowiedzi. Tym bardziej gdy padają pod adresem jednego z najważniejszych polityków własnego obozu. Reakcja przyszła błyskawicznie. Była europosłanka i była wicemarszałek Sejmu Beata Mazurek postanowiła publicznie skorygować kolegę z partii.
„Patryk Jaki krytykuje stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego, jakby chodziło o rozbijanie PiS. Tyle że to nie partia” – napisała. Jednak prawdziwie bolesny cios nastąpił chwilę później. Mazurek przypomniała bowiem historię środowiska Jakiego. „Trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że jego środowisko samo kiedyś odeszło z PiS i wróciło po latach” – zauważyła.
To nie była zwykła polemika. To był polityczny policzek wymierzony publicznie przez osobę należącą do tego samego obozu. Co więcej, policzek wymierzony w chwili, gdy PiS powinien przede wszystkim próbować odbudowywać jedność po utracie władzy.
Właśnie tutaj tkwi największy problem partii Jarosława Kaczyńskiego. Ugrupowanie przez lata budowało swoją siłę na przekonaniu, że jest zdyscyplinowaną organizacją zdolną do realizacji wspólnych celów. Dziś coraz częściej przypomina jednak zbiór konkurujących ze sobą frakcji, które więcej energii poświęcają wewnętrznym porachunkom niż walce z politycznymi przeciwnikami.
W tle tej awantury znajduje się oczywiście pytanie o przyszłość PiS po Kaczyńskim. Choć prezes formalnie nadal kontroluje partię, coraz wyraźniej widać, że poszczególne środowiska przygotowują się do walki o wpływy. Jedni skupiają się wokół Mateusza Morawieckiego, inni wokół Zbigniewa Ziobry, jeszcze inni wokół Patryka Jakiego czy Przemysława Czarnka. Każdy chce mieć własne zaplecze i własne instrumenty nacisku.
Problem polega na tym, że wyborcy doskonale widzą ten chaos. Gdy politycy PiS wzajemnie zarzucają sobie działania na rzecz „szajki Tuska”, trudno przekonywać opinię publiczną, że ugrupowanie jest gotowe do przejęcia odpowiedzialności za państwo. Gdy byli i obecni liderzy publicznie podważają swoje intencje, coraz mniej wiarygodnie brzmią opowieści o jedności i wspólnej misji.
Jeszcze kilka lat temu podobne konflikty były starannie ukrywane za zamkniętymi drzwiami. Dziś wybuchają na oczach wszystkich. Co gorsza dla PiS, dzieje się to niemal regularnie. Jeden tydzień przynosi spór o przyszłość partii, drugi o stowarzyszenia, trzeci o przywództwo, a czwarty o polityczne ambicje kolejnych liderów.
Można więc odnieść wrażenie, że w obecnym PiS awantura przestała być wyjątkiem. Stała się codziennością. A partia, która przez lata szczyciła się żelazną dyscypliną, coraz bardziej przypomina rodzinę skłóconą przy świątecznym stole. Tyle że tutaj stawką nie jest rodzinny obiad, lecz przyszłość największego ugrupowania polskiej prawicy.










