Patryk Jaki od lat buduje swój polityczny wizerunek na ofensywie. Chętnie atakuje przeciwników, formułuje kategoryczne osądy i przedstawia się jako bezkompromisowy obrońca własnych racji. Tym bardziej interesujące jest obserwowanie jego obecnej strategii obronnej w związku z wnioskiem o uchylenie immunitetu. Problem polega na tym, że zamiast rzeczowych wyjaśnień coraz częściej słyszymy argumenty, które brzmią bardziej jak polityczna demonstracja niż przekonująca linia obrony.
Wniosek skierowany do Parlamentu Europejskiego przez Prokuratora Generalnego Waldemara Żurka dotyczy uchylenia immunitetu europosła PiS oraz zgody na jego zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie. To poważna sprawa, która wymagałaby równie poważnych odpowiedzi. Tymczasem Jaki zdaje się uciekać w retorykę politycznej krzywdy i coraz bardziej spektakularne porównania.
„Ludzie, którzy nielegalnie się awansowali, ścigają tego, który zupełnie legalnie kogoś awansował. To jest jakiś kabaret. Ja po prostu codziennie wykonywałem swoją pracę” – przekonywał w Telewizji wPolsce24.
To wygodna narracja. Problem w tym, że nie odpowiada ona na najważniejsze pytania. Jeśli polityk jest przekonany o legalności swoich działań, najlepszą drogą jest przedstawienie konkretnych argumentów prawnych i merytorycznych. Tymczasem Jaki skupia się przede wszystkim na podważaniu motywacji swoich przeciwników. Taka strategia może dobrze funkcjonować w politycznej debacie telewizyjnej, ale znacznie gorzej sprawdza się wtedy, gdy sprawa trafia pod ocenę instytucji i opinii publicznej oczekującej konkretów.
Jeszcze bardziej wymowna jest kolejna wypowiedź europosła PiS. „Najlepiej byłoby zatrzymać tych wszystkich mieszkańców Krakowa, bo odwołali prezydenta z Platformy” – stwierdził.
Tego rodzaju porównania trudno traktować poważnie. Nikt przecież nie proponuje ścigania mieszkańców Krakowa za udział w demokratycznych procedurach. Nikt nie próbuje karać obywateli za poglądy polityczne. Jaki próbuje stworzyć wrażenie, że jest ofiarą szeroko zakrojonej politycznej operacji wymierzonej w opozycję. Problem polega na tym, że takie argumenty coraz bardziej przypominają retoryczne uniki niż rzeczywistą obronę.
Warto zwrócić uwagę na szerszy kontekst. Przez lata politycy związani z PiS wielokrotnie podkreślali, że nikt nie może stać ponad prawem. To hasło było jednym z fundamentów ich politycznego przekazu. Dziś, gdy podobne standardy zaczynają być stosowane wobec przedstawicieli dawnej władzy, słyszymy przede wszystkim oskarżenia o polityczne prześladowania.
Taka zmiana tonu nie pozostaje niezauważona.
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że zamiast przekonywać opinię publiczną o swojej niewinności, Jaki próbuje przekonywać ją o tym, że całe postępowanie nie ma znaczenia, ponieważ rzekomo jest wyłącznie elementem politycznej walki. To wygodna strategia komunikacyjna, ale jednocześnie bardzo ryzykowna. Jeśli każdy zarzut zostaje automatycznie uznany za przejaw politycznej zemsty, znika przestrzeń do poważnej debaty o odpowiedzialności osób pełniących funkcje publiczne.
Szczególnie słabo brzmi argument o „codziennym wykonywaniu swojej pracy”. Historia polityki zna wiele przypadków osób, które tłumaczyły swoje decyzje właśnie w ten sposób. Sam fakt pełnienia obowiązków nie przesądza jeszcze o tym, że wszystkie podejmowane działania były zgodne z prawem lub procedurami. To właśnie dlatego istnieją instytucje kontrolne i niezależne postępowania wyjaśniające.
Patryk Jaki sprawia dziś wrażenie polityka, który doskonale rozumie, że sytuacja jest dla niego poważna. Im bliżej realnej perspektywy utraty immunitetu, tym bardziej emocjonalna staje się jego narracja. Zamiast spokojnych wyjaśnień pojawiają się oskarżenia, porównania i polityczne metafory. Zamiast rzeczowej obrony – budowanie obrazu oblężonej twierdzy.
A to zwykle nie jest oznaka siły. To raczej sygnał, że argumentów zaczyna brakować. I właśnie dlatego obecna linia obrony Patryka Jakiego sprawia wrażenie coraz bardziej nerwowej, a zarazem coraz mniej przekonującej.











