Przemysław Czarnek najwyraźniej uznał, że najlepszym sposobem na powrót do pierwszej ligi politycznej jest kolejna wojna kulturowa. Tym razem na celownik wziął wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, domagając się jego dymisji po kontrowersyjnej wypowiedzi dotyczącej UPA.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie skala emocji, jaką politycy PiS próbują wokół tej sprawy wywołać. Bo gdy brakuje programu, zawsze pozostaje oburzenie.
Czarnek ogłosił, że jego ugrupowanie będzie domagało się usunięcia Szeptyckiego z rządu. „Będziemy żądać jego dymisji. Dla takich ludzi nie ma miejsca w polskiej polityce i nauce” – stwierdził były minister edukacji. Na tym jednak nie poprzestał. Dodał również, że po wejściu w życie proponowanej przez niego ustawy „za takie słowa temu człowiekowi będą groziły 3 lata więzienia”.
To właśnie ten fragment powinien wzbudzić największy niepokój. Nie dlatego, że debata o zbrodniach UPA jest nieważna. Przeciwnie. Jest ona niezwykle istotna dla pamięci historycznej i relacji polsko-ukraińskich. Problem polega na tym, że Czarnek nie proponuje debaty, lecz penalizację poglądów. Nie przekonuje argumentami. Straszy więzieniem.
W demokratycznym państwie polityk powinien odpowiadać na słowa słowami. Tymczasem kandydat PiS na premiera zdaje się uważać, że najlepszym rozwiązaniem sporów historycznych jest kodeks karny. To bardzo charakterystyczne dla stylu uprawiania polityki, który przez lata dominował w obozie Zjednoczonej Prawicy. Zamiast rozmowy – oskarżenie. Zamiast polemiki – potępienie. Zamiast argumentów – prokurator.
Nie oznacza to oczywiście, że wypowiedź Andrzeja Szeptyckiego była trafna. Stwierdzenie, że UPA byli „trochę ukraińskimi żołnierzami niezłomnymi”, musiało wywołać kontrowersje. Historia Wołynia jest zbyt bolesna, by podobne analogie przechodziły bez echa. Sam Szeptycki określił zresztą nadanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA” jako działanie „nierozważne”.
Można więc krytykować jego ocenę. Można się z nią nie zgadzać. Można nawet uznać ją za poważny błąd polityczny. Ale czym innym jest krytyka, a czym innym organizowanie politycznego polowania.
Tymczasem PiS próbuje wykorzystać tę sytuację do kolejnej mobilizacji własnego elektoratu. Poseł Michał Moskal grzmiał, że Szeptycki „to jest V kolumna w polskim rządzie”. Dodawał przy tym, że „polscy żołnierze niezłomni nie przeprowadzali ludobójstwa i nie wbijali gwoździ w głowy dzieci jak ukraińscy zbrodniarze na Wołyniu”.
Tego rodzaju retoryka nie służy wyjaśnianiu historii. Służy wyłącznie podgrzewaniu emocji. Ma wywołać gniew, poczucie zagrożenia i przekonanie, że Polska znajduje się pod nieustannym oblężeniem wrogów. To dobrze znany mechanizm polityczny, po który Czarnek sięga wyjątkowo chętnie.
Problem polega na tym, że państwo nie może funkcjonować wyłącznie w atmosferze permanentnej mobilizacji. Zwłaszcza dziś, gdy Polska stoi przed realnymi wyzwaniami dotyczącymi bezpieczeństwa, gospodarki czy nauki. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiast rozmawiać o przyszłości szkolnictwa wyższego, jakości badań naukowych czy konkurencyjności polskich uczelni, politycy PiS po raz kolejny próbują zamienić debatę publiczną w historyczny trybunał.
Przemysław Czarnek od dawna buduje swój polityczny kapitał na konfliktach. Im ostrzejszy spór, tym lepiej. Im więcej emocji, tym większa szansa na nagłówek. Problem w tym, że taka strategia coraz częściej przypomina polityczny spektakl odgrywany dla własnych zwolenników.
Polska potrzebuje dziś odpowiedzialnych polityków, którzy potrafią rozmawiać o historii bez histerii i o współczesności bez grożenia więzieniem za niewygodne wypowiedzi. Czarnek pokazuje natomiast coś zupełnie odwrotnego. Zamiast budować przestrzeń do debaty, buduje atmosferę strachu. A to nigdy nie jest dobra recepta ani dla nauki, ani dla polityki, ani dla państwa.










