Jeszcze kilka dni temu politycy PiS przekonywali, że wszelkie wątpliwości dotyczące wyborów prezydenckich są wyłącznie przejawem frustracji przegranych. Dziś jednak coraz wyraźniej widać, że na prawicy zapanował nerwowy nastrój. Powód jest prosty: wraca temat tzw. „komitetów widm”, czyli tworu politycznego, który powstał dzięki zmianom w kodeksie wyborczym przeprowadzonym przez PiS w 2018 roku.
Nie chodzi nawet o to, że ktoś udowodnił fałszerstwa wyborcze. Nie chodzi również o to, że wynik wyborów miał zostać zmieniony przy zielonym stoliku. Problem jest znacznie poważniejszy. Chodzi o wiarygodność całego procesu i o pytanie, dlaczego stworzono system pozwalający tysiącom osób związanych z komitetami niemającymi realnych kandydatów trafiać do komisji wyborczych.
Właśnie dlatego w PiS pojawił się popłoch.
Koalicja Obywatelska zaproponowała zmianę przepisów, która ma zakończyć proceder obsadzania komisji przez „komitety widma”. Zgodnie z projektem swoich przedstawicieli do komisji mogłyby zgłaszać wyłącznie te komitety, które rzeczywiście zarejestrowały kandydatów lub listy wyborcze. Trudno uznać taki postulat za rewolucyjny. Wręcz przeciwnie – brzmi jak elementarna zasada zdrowego rozsądku.
Tymczasem właśnie wokół tej kwestii zaczęły pojawiać się polityczne emocje.
Nie bez powodu. Dane są bowiem wymowne. W wyborach prezydenckich z 2025 roku zarejestrowano aż 44 komitety wyborcze, ale jedynie 13 zdołało zarejestrować kandydatów. Pozostałe nie odegrały żadnej roli wyborczej, za to mogły uczestniczyć w obsadzaniu komisji.
Najbardziej spektakularnym przykładem był Romuald Starosielec. Polityk znany z haseł takich jak: „Dość podżegania do wojny z Rosją na Ukrainie! Dość odbierania Polsce suwerenności przez UE i WHO!” nie zdołał zarejestrować swojej kandydatury, ale jego komitet wprowadził do komisji aż 8,5 tysiąca osób.
To liczba, która robi wrażenie.
Jeszcze bardziej interesujące są okoliczności. Jak zauważył Roman Giertych w proteście wyborczym: „Jest oczywiste, że drobni prawicowi działacze (…) nie mają ani zasobów personalnych, ani finansowych na przedstawienie kandydatur w tak dużej liczbie komisji”. Poseł KO stwierdził również, że „komitety te zostały założone we współpracy z PiS”.
Oczywiście sama teza Giertycha nie stanowi dowodu. Jednak problem polega na czym innym. PiS od miesięcy nie potrafi przekonująco odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak wiele prawicowych „komitetów widm” pojawiło się właśnie w wyborach zakończonych minimalnym zwycięstwem (?) Karola Nawrockiego.
Trudno nie zauważyć, że nawet jeśli nie miały wpływu na wynik głosowania, to stworzyły atmosferę nieufności. A za tę atmosferę odpowiadają właśnie autorzy zmian z 2018 roku.
To zresztą największy paradoks całej sytuacji.
Przez lata PiS budował swój polityczny przekaz wokół hasła uczciwości wyborów. Politycy tej partii wielokrotnie sugerowali, że polska demokracja wymaga dodatkowych zabezpieczeń. Dziś okazuje się, że to właśnie przepisy przygotowane przez PiS stworzyły lukę, która pozwalała na masowe funkcjonowanie „komitetów widm”.
Poseł KO Mariusz Witczak trafnie zauważa: „W systemie jest ewidentnie luka. Skoro barierą do startu w wyborach ma być sto tysięcy podpisów, nie można nabywać tak szerokich kompetencji po zebraniu zaledwie tysiąca”.
Trudno się z tym nie zgodzić.
Jeszcze ciekawsze jest to, że podobne przepisy Sejm próbował już uchwalić. Ustawa została jednak zawetowana przez Karola Nawrockiego. Formalnie chodziło o inne rozwiązania zawarte w projekcie, ale polityczny efekt był jeden: problem pozostał nierozwiązany.
Dlatego dzisiejsza debata jest dla PiS wyjątkowo niewygodna. Nie dotyczy bowiem politycznych sloganów ani partyjnych emocji. Dotyczy konkretnych przepisów, konkretnych decyzji i konkretnych konsekwencji.
Jeżeli prawica rzeczywiście jest przekonana o pełnej przejrzystości procesu wyborczego, nie powinna obawiać się likwidacji „komitetów widm”. Jeżeli jednak pojawia się opór, nerwowość i próby odwracania uwagi od problemu, trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś boi się pytań o reguły gry, które sam kiedyś ustanowił.
A właśnie wtedy w polityce zaczyna się prawdziwy popłoch.
Źródło: Rzeczpospolita










