Zbigniew Ziobro najwyraźniej nie potrafi żyć bez oskarżania innych. Przez lata przyzwyczaił Polaków do roli polityka, który z niezwykłą łatwością wydawał publiczne wyroki, wskazywał winnych i stawiał się w roli najwyższego arbitra moralności. Problem polega na tym, że dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. To nie on rozlicza innych. To jego działania są przedmiotem zainteresowania organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości.
Tymczasem były minister sprawiedliwości nadal zachowuje się tak, jakby nic się nie zmieniło. Zamiast odpowiadać na pytania dotyczące własnych finansów i okoliczności pożyczki z fundacji, której sam jest prezesem, postanowił zaatakować Donalda Tuska. W charakterystycznym dla siebie stylu użył wielkich słów i jeszcze większych oskarżeń.
„Donaldzie Tusku, królu złodziejskiego układu!” – grzmi Ziobro w mediach społecznościowych. Dalej wylicza rzekome winy polityków związanych z obozem rządzącym, oskarża, insynuuje i stawia kolejne polityczne akty oskarżenia.
Jest w tym jednak coś głęboko groteskowego.
Polityk, który przez lata podporządkowywał sobie prokuraturę, dziś przedstawia się jako ofiara systemu. Człowiek, który budował swoją karierę na hasłach walki z bezkarnością elit, przekonuje teraz opinię publiczną, że jest prześladowany. Ten sam Ziobro, który niegdyś bez wahania oceniał innych, dziś oczekuje szczególnego traktowania dla siebie.
Najbardziej uderza jednak coś innego. Były minister wciąż zachowuje się tak, jakby proces publicznego oskarżania przeciwników był ważniejszy od wyjaśnienia własnej sytuacji prawnej. Zamiast kolejnych internetowych tyrad powinien przede wszystkim spotkać się z polskim wymiarem sprawiedliwości. Tego właśnie od dawna oczekuje opinia publiczna.
Nie jest tajemnicą, że Ziobro konsekwentnie przedstawia siebie jako ofiarę politycznej zemsty. W swoim wpisie twierdzi nawet, że „sfabrykowanym śledztwem nielegalnie przejętej prokuratury” pozbawiono go środków do życia. Utrzymuje również, że blokada kont i nieruchomości zmusiła go do zaciągnięcia zobowiązania finansowego.
Można jednak zadać proste pytanie: skoro wszystko jest tak przejrzyste i legalne, jak przekonuje były minister, to dlaczego zamiast medialnych awantur nie pozwoli spokojnie rozstrzygnąć sprawy niezależnym instytucjom?
To właśnie tutaj tkwi największa słabość narracji Ziobry. Zamiast dowodów mamy emocje. Zamiast rzeczowych wyjaśnień – polityczne manifesty. Zamiast odpowiedzi na pytania – kolejne ataki na przeciwników.
Donald Tusk stwierdził, że informacje zawarte w oświadczeniu majątkowym Ziobry są „mocniejsze niż akt oskarżenia w sądzie”. To oczywiście polityczna przesada, ale trafnie oddaje istotę problemu. W demokratycznym państwie prawa liczą się bowiem nie okrzyki na portalu społecznościowym, lecz fakty, dokumenty i procedury.
Ziobro przez lata przekonywał Polaków, że nikt nie może stać ponad prawem. Dziś te same standardy powinien zastosować wobec siebie. Nie wobec Tuska, nie wobec Giertycha, nie wobec Grodzkiego czy kogokolwiek innego. Wobec siebie.
Paradoks całej sytuacji polega na tym, że były minister sprawiedliwości coraz częściej sprawia wrażenie człowieka prowadzącego nieustanną kampanię obronną. Każde pytanie traktuje jak atak. Każde postępowanie jako spisek. Każdą krytykę jako dowód prześladowania.
Taka strategia może mobilizować najwierniejszych zwolenników, ale nie odpowiada na podstawowe pytania. A tych jest coraz więcej.
Polska demokracja nie potrzebuje kolejnych politycznych spektakli. Potrzebuje wyjaśnień. Potrzebuje transparentności. Potrzebuje równości wobec prawa.
Zbigniew Ziobro przez lata żądał tego od innych. Dziś sam powinien stanąć przed instytucjami państwa i udowodnić, że zasady, które tak chętnie głosił, obowiązują również jego.
Bo w państwie prawa nikt nie może być jednocześnie prokuratorem, sędzią i oskarżycielem we własnej sprawie.










