Rok prezydentury Karola Nawrockiego wystarczył, by rozwiać wszelkie złudzenia. Pałac Prezydencki nie stał się miejscem łagodzenia politycznych sporów, lecz kolejnym frontem partyjnej walki. Najnowsza awantura wokół programu SAFE pokazuje to wyjątkowo wyraźnie. W chwili, gdy Polska i Europa szukają sposobów na przyspieszenie modernizacji sił zbrojnych, prezydent ponownie postanowił odegrać rolę głównego hamulcowego działań rządu.
Politycy PiS przedstawiają dziś Karola Nawrockiego jako samotnego strażnika finansowej odpowiedzialności. Twierdzą, że prezydent kierował się troską o stabilność finansów państwa i ostrzegał przed zagrożeniami związanymi z unijną pożyczką. Problem polega na tym, że za tą narracją kryje się przede wszystkim polityczna kalkulacja.
Koalicja Obywatelska nie bez powodu przypomniała, że działania Nawrockiego mogły skutecznie opóźnić jeden z najważniejszych programów wzmacniania polskiej armii. W swoim wpisie politycy KO napisali wprost: „Prezydent próbował powstrzymać najszybszą modernizację polskiej armii w historii, na szczęście nie udało mu się to”. To mocne słowa, ale trudno odmówić im logiki.
Jeżeli bowiem rząd negocjuje dostęp do środków przeznaczonych na obronność, a prezydent blokuje rozwiązania umożliwiające ich wykorzystanie, to skutkiem jest właśnie hamowanie procesu modernizacji. Można spierać się o motywy, lecz nie o konsekwencje.
Zwłaszcza że Polska znajduje się dziś w wyjątkowo trudnym położeniu geopolitycznym. Wojna za wschodnią granicą trwa już kolejny rok, Rosja konsekwentnie zwiększa wydatki wojskowe, a Europa buduje nowe mechanizmy bezpieczeństwa. W takich warunkach odpowiedzialni politycy szukają sposobów na przyspieszenie inwestycji w obronność, a nie kolejnych pretekstów do politycznych awantur.
Nawrocki argumentował, że program SAFE rodzi „ogromne wątpliwości konstytucyjne” oraz stwarza zagrożenie dla finansów publicznych. Brzmi poważnie, ale gdy przyjrzeć się szczegółom, łatwo dostrzec, że alternatywa proponowana przez prezydenta była bardziej politycznym sloganem niż realnym rozwiązaniem.
Projekt nazwany efektownie „SAFE 0%” miał opierać się na wykorzystaniu środków pochodzących ze wzrostu wartości polskich rezerw złota. Pomysł atrakcyjny medialnie, ale znacznie mniej przekonujący ekonomicznie. Dochody wynikające ze zmian wyceny aktywów nie są przecież niewyczerpanym źródłem finansowania wieloletnich programów zbrojeniowych. To raczej jednorazowy zastrzyk niż trwały mechanizm pozwalający planować zakupy sprzętu wojskowego na dekady.
W tym sensie propozycja rządu była po prostu bardziej realistyczna. Oparta na konkretnych instrumentach finansowych i funkcjonująca w ramach szerszej europejskiej strategii bezpieczeństwa. Można dyskutować o szczegółach, można negocjować warunki, ale trudno twierdzić, że całkowite odrzucenie programu leżało w interesie państwa.
Najbardziej zastanawiające jest jednak coś innego. PiS przez lata budował swój polityczny przekaz wokół hasła silnej armii. Każdy krytyk kolejnych zakupów uzbrojenia był oskarżany o działanie przeciwko bezpieczeństwu Polski. Dziś, gdy rząd szuka dodatkowych środków na obronność, nagle ci sami politycy odkrywają zalety ostrożności fiskalnej i przestrzegają przed zadłużeniem.
Ta nagła przemiana byłaby może wiarygodna, gdyby nie fakt, że nastąpiła dokładnie wtedy, gdy władzę przejęli polityczni przeciwnicy PiS. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi o sam program SAFE, lecz o możliwość uderzenia w rząd Donalda Tuska.
Koalicja Obywatelska ma prawo przypominać, że bezpieczeństwo państwa wymaga nie tylko patriotycznych deklaracji, ale również pieniędzy. Program SAFE ma zapewnić Polsce dostęp do ponad 180 miliardów złotych przeznaczonych na inwestycje obronne. To nie jest abstrakcyjny spór o księgowe tabelki, lecz konkretne środki na uzbrojenie, infrastrukturę wojskową i zwiększenie zdolności obronnych kraju.
Polska potrzebuje dziś współpracy w sprawach bezpieczeństwa ponad partyjnymi podziałami. Potrzebuje odpowiedzialnej debaty o finansowaniu armii, a nie kolejnych kampanijnych sporów. Karol Nawrocki miał okazję pokazać, że jako prezydent potrafi wznieść się ponad logikę partyjnej wojny. Po roku urzędowania trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wciąż bardziej interesuje go polityczna konfrontacja niż budowanie narodowego porozumienia.
A bezpieczeństwo państwa nie jest miejscem na kampanijne gesty. Zwłaszcza wtedy, gdy za wschodnią granicą nadal słychać huk dział.










