W polskiej polityce inflacja nie dotyczy wyłącznie cen. Od lat obserwujemy także inflację wielkich słów. Coraz częściej politycy sięgają po najcięższe oskarżenia, by opisać wydarzenia, które jeszcze niedawno uznano by za zwykły spór polityczny lub niefortunną wypowiedź.
W tej konkurencji Przemysław Czarnek wyrasta dziś na prawdziwego mistrza. Problem polega na tym, że im częściej używa słów o „zdradzie narodowej”, tym mniej znaczą one w rzeczywistości.
Podczas spotkania w Nowym Targu wiceprezes PiS i kandydat swojej partii na premiera po raz kolejny postanowił udowodnić, że polityczna przesada nie ma dla niego granic. Punktem wyjścia stała się kontrowersyjna wypowiedź wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, który określił członków UPA jako „trochę takich ukraińskich żołnierzy niezłomnych”, jednocześnie wyraźnie oddzielając tę ocenę od zbrodni wołyńskiej.
Można uznać tę wypowiedź za niezręczną. Można się z nią nie zgadzać. Można nawet domagać się przeprosin lub wyjaśnień. Czarnek postanowił jednak pójść znacznie dalej.
„Natychmiast do dymisji i to nie ten wiceminister, tylko cały rząd z Tuskiem na czele, bo to jest zdrada narodowa” – oznajmił w Nowym Targu.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że polityk PiS całkowicie utracił zdolność odróżniania rzeczywistości od politycznego spektaklu. Skoro jedna niefortunna wypowiedź urzędnika ma stanowić podstawę do oskarżania całego rządu o zdradę narodową, to należałoby zapytać, jakie słowa pozostały jeszcze w politycznym słowniku na sytuacje naprawdę wyjątkowe.
Przecież „zdrada narodowa” nie jest zwykłym epitetem. To jedno z najcięższych oskarżeń, jakie można postawić w debacie publicznej. Dotyczy działań wymierzonych przeciwko państwu, jego bezpieczeństwu lub suwerenności. Tymczasem w ustach Czarnka staje się ono określeniem używanym przy okazji każdej politycznej awantury.
To zresztą nie pierwszy taki przypadek. Od lat politycy PiS próbują przekonywać swoich zwolenników, że niemal każdy przeciwnik polityczny działa przeciwko Polsce. Efekt jest taki, że słowa tracą znaczenie, a debata publiczna coraz bardziej przypomina konkurs na najbardziej dramatyczne oskarżenie.
Jeszcze ciekawsze były inne fragmenty wystąpienia byłego ministra edukacji. Czarnek przekonywał, że Polska znajduje się dziś „w dolinie rosnącego bezrobocia, drożyzny, największych cen energii, upadku służby zdrowia i upadku polskiej nauki”.
„Z tej doliny Polskę trzeba natychmiast wydostać. Może to zrobić tylko Prawo i Sprawiedliwość” – przekonywał.
To zdanie doskonale pokazuje sposób myślenia obecnego kierownictwa PiS. W ich opowieści świat jest prosty. Polska znajduje się rzekomo na krawędzi katastrofy, a jedynym ratunkiem pozostaje powrót partii Jarosława Kaczyńskiego do władzy. Nie ma miejsca na niuanse, statystyki, analizy czy fakty. Jest za to nieustanny stan alarmowy.
Problem polega na tym, że wyborcy coraz częściej dostrzegają tę przesadę. Kiedy przez wiele miesięcy słyszą, że kraj znajduje się w stanie permanentnej katastrofy, a jednocześnie normalnie chodzą do pracy, prowadzą firmy i planują wakacje, zaczynają traktować podobne deklaracje z coraz większym sceptycyzmem.
Czarnek wydaje się jednak przekonany, że im mocniejsze słowa, tym większa skuteczność polityczna. Stąd nieustanne odwołania do narodowych tragedii, historycznych traum i wielkich emocji. Stąd porównania, które jeszcze kilka lat temu uznano by za absurdalne. Stąd również przekonanie, że każda kontrowersyjna wypowiedź przeciwnika politycznego musi automatycznie oznaczać dymisję, skandal lub wręcz zagrożenie dla państwa.
Nieprzypadkowo podczas spotkania w Nowym Targu Czarnek nawiązywał również do Jana Pawła II i walki z komunizmem. To sprawdzony schemat polityczny: wielkie symbole, wielkie emocje i wielkie oskarżenia. Gorzej, że coraz rzadziej idą za nimi równie wielkie argumenty.
Polityk, który aspiruje do stanowiska premiera, powinien wnosić do debaty publicznej spokój, odpowiedzialność i umiejętność ważenia słów. Tymczasem Przemysław Czarnek sprawia wrażenie człowieka, który uznał, że politykę można uprawiać wyłącznie na najwyższym poziomie emocjonalnego wzmożenia.
A to już nie jest oznaka politycznej siły. To raczej symptom politycznego odlotu, w którym każda różnica zdań staje się zdradą, każdy przeciwnik zagrożeniem dla ojczyzny, a każda konferencja prasowa kolejną odsłoną narodowego dramatu. Problem w tym, że wyborcy coraz częściej przestają wierzyć w ten spektakl.










