W polskiej polityce nie ma chyba większej pokusy niż udawanie, że wyborcy nie mają pamięci. Na tej zasadzie od kilku miesięcy działa Prawo i Sprawiedliwość. Politycy partii Jarosława Kaczyńskiego występują dziś w roli bezkompromisowych krytyków migracji, ostrzegają przed zagrożeniami związanymi z napływem cudzoziemców i próbują przekonać opinię publiczną, że obecny rząd odpowiada za wszystkie problemy związane z bezpieczeństwem. Problem polega na tym, że to właśnie rządy PiS otworzyły Polskę na masową imigrację na niespotykaną wcześniej skalę.
Najnowszym przykładem tej politycznej amnezji są wypowiedzi byłego wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego. Komentując sprawę brutalnego ataku cudzoziemca na mieszkańca Lublina, polityk PiS stwierdził: „Nie stwarzajmy sobie problemów, bo mamy dostatecznie dużo własnych”.
Brzmi rozsądnie. Wręcz zdroworozsądkowo. Tyle tylko, że słowa te padają z ust człowieka, który przez osiem lat współtworzył rząd odpowiedzialny za największy napływ migrantów w historii III Rzeczypospolitej.
To właśnie za rządów PiS Polska stała się jednym z głównych kierunków migracji zarobkowej w Europie. To za rządów PiS wydawano rekordowe liczby wiz dla obywateli państw Azji i Afryki. To za rządów PiS liczba cudzoziemców podejmujących pracę w Polsce wzrosła do poziomu, którego wcześniej nie notowano. Gospodarka potrzebowała rąk do pracy, przedsiębiorcy alarmowali o brakach kadrowych, a rząd Mateusza Morawieckiego odpowiadał otwieraniem kolejnych kanałów migracyjnych.
Dzisiaj ci sami politycy zachowują się tak, jakby nie mieli z tym nic wspólnego.
Sprawa ataku w Lublinie jest oczywiście poważna. Jeżeli rzeczywiście doszło do sytuacji, w której sprawca brutalnej napaści uniknie surowych konsekwencji, państwo powinno wyjaśnić wszystkie okoliczności. Obywatele mają prawo oczekiwać skutecznego działania policji, prokuratury i sądów. Jednak wykorzystywanie pojedynczego zdarzenia do budowania politycznej narracji o rzekomej katastrofie migracyjnej jest zwykłą manipulacją.
Jeszcze bardziej zdumiewające jest to, kto próbuje tę narrację tworzyć.
Piotr Gliński przez lata należał do ścisłego kierownictwa państwa. Nie był szeregowym posłem siedzącym w ostatnim rzędzie sejmowych ław. Był wicepremierem. Był jednym z najważniejszych polityków obozu władzy. Jeśli więc dziś przestrzega przed konsekwencjami migracji, powinien zacząć od odpowiedzi na pytanie, dlaczego jego własny rząd prowadził politykę, która doprowadziła do rekordowego wzrostu liczby cudzoziemców w Polsce.
Problem PiS polega jednak na tym, że fakty są niewygodne. Przez lata partia Kaczyńskiego prowadziła podwójną grę. W kampaniach wyborczych straszyła migrantami i opowiadała o obronie granic Europy. Jednocześnie w praktyce otwierała rynek pracy na coraz większą skalę. Retoryka była skierowana do wyborców. Decyzje podejmowano pod potrzeby gospodarki.
Ta sprzeczność szczególnie mocno ujawniła się przy okazji afery wizowej. To właśnie wtedy okazało się, że za patriotycznymi hasłami krył się system, który miał niewiele wspólnego z deklarowaną przez PiS twardą polityką migracyjną.
Dlatego dzisiejsze wystąpienia polityków tej partii brzmią niewiarygodnie. Nie dlatego, że bezpieczeństwo obywateli jest nieważne. Wręcz przeciwnie. Jest jednym z podstawowych obowiązków państwa. Problem polega na tym, że PiS próbuje przedstawiać się jako rozwiązanie problemu, który w dużej mierze samo stworzyło.
Gliński mówi dziś: „Nie stwarzajmy sobie problemów”. To zdanie warto zapamiętać. Ale warto również przypomnieć, kto przez osiem lat współrządził krajem i podejmował decyzje dotyczące polityki migracyjnej. Bo historia nie zaczęła się wczoraj. A polityczna pamięć nie powinna kończyć się na ostatniej konferencji prasowej.
Najłatwiej jest dziś wskazywać winnych i bić na alarm. Trudniej spojrzeć w lustro i przyznać, że masowa imigracja do Polski nie była dziełem obecnej koalicji, lecz procesem, który nabrał bezprecedensowego tempa właśnie za rządów PiS. Dopóki politycy partii Jarosława Kaczyńskiego nie zdobędą się na taką refleksję, ich oburzenie będzie wyglądało nie jak troska o bezpieczeństwo Polaków, lecz jak kolejny akt politycznego przedstawienia.










