Burza wokół wypowiedzi Anity Kucharskiej-Dziedzic pokazuje, jak bardzo polska polityka ugrzęzła w świecie urażonych emocji. Wystarczy jedno zdanie, jedna uszczypliwa uwaga, aby rozpętała się wielodniowa awantura o to, kto kogo obraził. Tymczasem w całym tym zamieszaniu umyka rzecz najważniejsza: dlaczego słowa posłanki Nowej Lewicy wywołały aż tak gwałtowną reakcję części środowiska skupionego wokół Karola Nawrockiego?
Przypomnijmy. W programie „Woronicza 17” Anita Kucharska-Dziedzic powiedziała: „Pan prezydent słusznie uważa, słusznie wie, że inteligencja to nie jest jego elektorat”. Natychmiast posypały się oskarżenia o pogardę wobec wyborców prezydenta i rzekome obrażanie milionów Polaków.
Problem polega jednak na tym, że wielu oburzonych bardziej walczyło z własnymi kompleksami niż z rzeczywistą treścią wypowiedzi.
Oczywiście można uznać, że sformułowanie było zbyt ostre. Można dyskutować, czy polityk powinien używać takiej retoryki. Nie zmienia to faktu, że Kucharska-Dziedzic dotknęła zjawiska, które od dawna jest widoczne w polskiej polityce. Karol Nawrocki i środowisko polityczne, które go wspiera, od lat budują swoją popularność na nieufności wobec elit eksperckich, środowisk akademickich i szeroko rozumianej inteligencji.
Nie jest przypadkiem, że w debacie publicznej regularnie słyszymy ataki na profesorów, naukowców, artystów czy ekspertów. Nie jest przypadkiem, że każda krytyczna opinia przedstawiciela świata nauki bywa natychmiast przedstawiana jako przejaw oderwania od „zwykłych ludzi”. Nie jest przypadkiem również, że część elektoratu prawicy reaguje na takie przekazy z entuzjazmem.
To właśnie ten mechanizm opisała Kucharska-Dziedzic. Być może zrobiła to w sposób zbyt dosadny, ale trudno odmówić jej prawa do politycznej diagnozy.
Najciekawsze jest jednak coś innego. Otóż środowisko wspierające Nawrockiego od lat nie ma większych oporów przed obrażaniem własnych przeciwników. W przestrzeni publicznej regularnie pojawiają się określenia o „elitach”, „salonach”, „kastach”, „wykształciuchach” czy „oderwanych od rzeczywistości ekspertach”. Gdy jednak ktoś odpowie podobnie ostrym językiem, natychmiast ogłasza się wielki skandal.
Trudno nie dostrzec w tym pewnej hipokryzji.
Nieprzypadkowo bowiem sukces polityczny Karola Nawrockiego opiera się w dużej mierze na mobilizowaniu wyborców przeciwko określonym grupom społecznym. Od lat słyszą oni, że inteligencja patrzy na nich z góry, że eksperci nimi gardzą, że profesorowie nie rozumieją ich problemów. W efekcie każda uwaga dotycząca poziomu debaty publicznej czy stosunku do wiedzy odbierana jest niemal jak osobista zniewaga.
A przecież demokracja nie polega na tym, by wszyscy bezkrytycznie się lubili. Demokracja polega także na prawie do stawiania niewygodnych diagnoz.
Jeżeli ktoś twierdzi, że środowisko polityczne Karola Nawrockiego ma problem z akceptacją autorytetów naukowych czy eksperckich, to nie jest to automatycznie obraza wszystkich jego wyborców. To opinia polityczna, którą można poddać dyskusji.
Paradoks całej sytuacji polega na tym, że reakcja części zwolenników prezydenta zdaje się potwierdzać diagnozę, którą chcieli obalić. Zamiast rzeczowo polemizować z argumentami, skupili się na obrażaniu autorki wypowiedzi i przedstawianiu jej jako wroga „zwykłych Polaków”.
Tymczasem Anita Kucharska-Dziedzic zwróciła uwagę na problem, który od dawna obecny jest w polskiej polityce: rosnącą nieufność wobec wiedzy, kompetencji i eksperckości. Problem ten nie dotyczy wyłącznie wyborców Nawrockiego, ale w tym środowisku jest szczególnie widoczny.
Dlatego zamiast oburzać się na jedno zdanie wypowiedziane w telewizyjnym studiu, warto zastanowić się, dlaczego tak wielu ludzi uznało je za tak niebezpieczne. Być może dlatego, że czasem najbardziej bolą nie obelgi, lecz opinie, w których dostrzegamy ziarno prawdy.










