17 lipca 2026

Oburzenie na zamówienie. PiS znalazł nowy problem

W polskiej polityce nie brakuje tematów trudnych, wymagających rozwagi i umiejętności oddzielenia emocji od faktów. Do takich bez wątpienia należy kwestia zbrodni wołyńskiej, pamięci o ofiarach UPA oraz współczesnych relacji polsko-ukraińskich. Tym bardziej dziwi, gdy politycy próbują wykorzystywać ten dramatyczny fragment historii do bieżącej walki partyjnej. Ostatnim przykładem takiego działania są słowa Marcina Przydacza, który zażądał natychmiastowej dymisji wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego.

Przypomnijmy, że Szeptycki wywołał burzę wypowiedzią, w której stwierdził, że członkowie UPA byli „takimi trochę – ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi konotacjami tego słowa – ukraińskimi żołnierzami niezłomnymi”. Była to wypowiedź niefortunna, nieprecyzyjna i politycznie nieostrożna. Można ją krytykować, można się z nią nie zgadzać, można nawet uznać ją za poważny błąd. Problem polega jednak na tym, że Marcin Przydacz postanowił wykorzystać ją jako pretekst do kolejnego politycznego spektaklu.

„Co ten człowiek jeszcze robi w polskim rządzie po takiej wypowiedzi? Następnego dnia powinien albo sam złożyć dymisję ze wstydu, albo powinien zostać wyrzucony” – grzmiał szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej na antenie Telewizji Republika.

Brzmi stanowczo. Nawet bardzo stanowczo. Tylko że właśnie w tym tkwi problem. Przydacz i jego polityczne środowisko od lat udowadniają, że ich oburzenie jest niezwykle selektywne. Kiedy chodzi o przeciwników politycznych, każde potknięcie urasta do rangi narodowej katastrofy. Kiedy jednak podobnych błędów dopuszczają się ludzie związani z ich własnym obozem, nagle okazuje się, że potrzebny jest dialog, wyjaśnienia, kontekst i spokojna analiza.

Tymczasem polityka historyczna nie może być narzędziem partyjnej pałki. Pamięć o ofiarach Wołynia zasługuje na coś więcej niż telewizyjne tyrady i konkurs na najostrzejsze sformułowanie. Oczywiście rację ma Przydacz, gdy mówi o konieczności ekshumacji i godnego pochówku ofiar. Trudno polemizować również z jego stwierdzeniem, że Polska powinna domagać się szacunku dla pomordowanych. Problem polega na tym, że te słuszne postulaty giną w cieniu politycznego teatru.

„Trzeba twardo domagać się minimalnego szacunku do pomordowanych, poprzez ekshumacje, poprzez ich ponowny pochówek i poprzez odejście strony ukraińskiej od gloryfikacji tych bandytów i zbrodniarzy” – mówił Przydacz.

To zdanie mogłoby być początkiem poważnej debaty o polityce pamięci. Zamiast tego zostało wykorzystane jako element kampanii wymierzonej w politycznego przeciwnika. W efekcie temat historyczny po raz kolejny staje się amunicją w partyjnej wojnie.

Jeszcze dalej poszedł Przemysław Czarnek, który zapowiedział walkę o usunięcie Szeptyckiego ze stanowiska. „Będziemy żądać jego dymisji. Dla takich ludzi nie ma miejsca w polskiej polityce i nauce” – oświadczył były minister edukacji. Mało tego, polityk PiS zapowiedział ustawę, która za podobne wypowiedzi miałaby przewidywać nawet trzy lata więzienia.

Takie deklaracje pokazują, że nie chodzi już o ocenę konkretnej wypowiedzi. Chodzi o stworzenie atmosfery politycznego polowania na czarownice. Zamiast dyskusji o historii pojawia się groźba kar więzienia za słowa. Zamiast argumentów – pokaz siły. Zamiast edukacji – polityczna demonstracja.

Marcin Przydacz doskonale odnajduje się w tej logice. Od lat buduje swój wizerunek jako polityka bezkompromisowego, gotowego do ostrych ocen i radykalnych deklaracji. Problem w tym, że polityka zagraniczna i historyczna wymagają czegoś więcej niż głośnych występów w zaprzyjaźnionych mediach. Wymagają skuteczności.

A z tą bywa różnie. Trudno nie zauważyć, że przez lata rządów PiS problem ekshumacji ofiar Wołynia również pozostawał nierozwiązany. Trudno nie zauważyć, że mimo licznych deklaracji nie udało się doprowadzić do przełomu w relacjach historycznych z Ukrainą. Dziś więc ci sami politycy próbują przedstawiać się jako jedyni strażnicy pamięci narodowej.

Historia Wołynia zasługuje na prawdę, szacunek i powagę. Nie zasługuje natomiast na to, by stawać się narzędziem politycznych awantur. Jeśli Marcin Przydacz rzeczywiście chce walczyć o pamięć ofiar, powinien zacząć od rezygnacji z retoryki, która zamienia dramat historyczny w kolejny odcinek partyjnego serialu. Bo oburzenie, które pojawia się wyłącznie wtedy, gdy można uderzyć w przeciwnika politycznego, nie jest wyrazem troski o historię. Jest jedynie kolejną formą politycznej kalkulacji.

Popularne

PILNE! 1300+ AFER PiS i Suwerennej Polski. Aktualizacja 14.02.2026 r

   Lista prawie 1300 nierozliczonych afer  za rządów PiS i...

Szokująca prawda! Znana dziennikarka ujawnia tajemnicę: Kaczyński jest potomkiem Targowicy

Gen zdrady? PiS ma poważne problemy z wizerunkiem. Znana...

„Kaczyński umiera”. Prawnik z TVP twierdzi, że prezes PiS ma nowotwór?!

Kto zastąpi prezesa? Jarosław Kaczyński ma nowotwór – twierdzi prawnik...

Szokujący film z Andrzejem Dudą. Prezydent pod wpływem ledwo trzyma się na nogach?

Czy wirus filipiński zawędrował do Pałacu Prezydenckiego? Opublikowany film...

Wojna w twierdzy Kaczyńskiego. Czarnek już nie ukrywa, że...

Jeszcze kilka miesięcy temu politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali,...

Patriotyczne slogany. Błaszczak ukrywa największy kryzys PiS

Mariusz Błaszczak postanowił wystąpić w roli strażnika jedności Prawa...

Klęska wiarygodności. Czarnek i Kaczyński ośmieszyli PiS

Prawo i Sprawiedliwość od lat przekonuje, że w sprawach...

Wojna o tron. Kaczyński i Morawiecki rozrywają PiS

Jeszcze kilka lat temu Prawo i Sprawiedliwość przedstawiało się...

Mejza w klatce. PiS w potrzasku

Łukasz Mejza od lat budzi ogromne kontrowersje. Był bohaterem...

Partia przeciwko sobie. PiS przyspiesza własny rozpad

Jeszcze niedawno Prawo i Sprawiedliwość kreowało się na partię...
REKLAMAspot_img
spot_img
spot_img
spot_img
spot_img
spot_img
spot_img
spot_img
spot_img
spot_img