Mateusz Morawiecki najwyraźniej uznał, że najlepszą metodą na polityczny powrót jest odgrywanie roli strażnika narodowej pamięci. Tym razem były premier oburzył się na słowa wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, który stwierdził, że UPA byli „tacy trochę – ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi konotacjami tego słowa – ukraińscy Żołnierze Niezłomni”.
Wypowiedź była niefortunna, prowokacyjna i zasłużenie wywołała burzę. Problem polega jednak na tym, że jednym z najgłośniejszych krytyków okazał się człowiek, który przez lata uczynił z politycznej hipokryzji własny znak firmowy.
Morawiecki grzmi dziś, że „porównanie UPA do Żołnierzy Niezłomnych to moralny skandal”. Trudno się z tym nie zgodzić. Rzeczywiście, między żołnierzami polskiego podziemia niepodległościowego a organizacją odpowiedzialną za zbrodnie na ludności cywilnej istnieje fundamentalna różnica. Ale równie trudno nie zauważyć, że były premier wykorzystuje tę sprawę przede wszystkim jako narzędzie politycznej walki.
Przez osiem lat rządów PiS politycy tej formacji niezwykle chętnie odwoływali się do historii, pamięci i patriotyzmu. Znacznie rzadziej wykazywali podobną determinację w rozwiązywaniu konkretnych problemów państwa. Dziś Morawiecki występuje w roli surowego recenzenta rządu Donalda Tuska, jakby Polacy zapomnieli, że jeszcze niedawno sam kierował Radą Ministrów i ponosi odpowiedzialność za wiele decyzji, które do dziś budzą ogromne kontrowersje.
Były premier pyta teraz: „Czy to jest stanowisko polskiego rządu?”. Brzmi to efektownie, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to kolejna próba odwrócenia uwagi od własnego politycznego dorobku. Morawiecki przez lata przyzwyczaił opinię publiczną do tego, że w sytuacjach kryzysowych najchętniej zmienia temat i wskazuje nowego winnego. Tym razem padło na Szeptyckiego i Tuska.
Szczególnie interesujące jest to, że były premier nagle odkrył w sobie potrzebę stanowczości. Domaga się dymisji wiceministra, żąda wyjaśnień od premiera i kreuje się na obrońcę prawdy historycznej. Tymczasem wielu Polaków pamięta jego rządy jako okres nieustannych politycznych uników, niedotrzymanych obietnic i spektakularnych wpadek. Człowiek, który przez lata przekonywał obywateli o sukcesach, których często nie było, dziś próbuje występować jako autorytet moralny.
Nie oznacza to oczywiście, że kwestia Wołynia jest nieważna. Przeciwnie. Morawiecki słusznie przypomina, że „nie ma pojednania bez ekshumacji” oraz że „nie ma przyszłości budowanej na kulcie Bandery, Szuchewycza, UPA czy OUN”. To argumenty, które od dawna znajdują poparcie znacznej części polskiego społeczeństwa. Problem polega jednak na tym, że nawet słuszne postulaty tracą na wiarygodności, gdy wygłasza je polityk traktujący historię przede wszystkim jako instrument bieżącej walki partyjnej.
Były premier domaga się dziś „dymisji wiceministra Szeptyckiego, jasnego stanowiska premiera Tuska i pełnych ekshumacji ofiar Wołynia”. Brzmi to jak lista politycznych żądań przygotowana pod nagłówki gazet i media społecznościowe. Nie jest przypadkiem, że Morawiecki coraz częściej wybiera właśnie takie tematy. Doskonale wie, że wzbudzają emocje, a emocje są paliwem polityki.
Największy problem byłego premiera polega jednak na tym, że coraz trudniej znaleźć wyborców gotowych uwierzyć w jego nagłe moralne uniesienia. Polacy pamiętają lata jego rządów. Pamiętają gigantyczne wydatki publiczne, konflikty z instytucjami europejskimi, niespełnione obietnice i niekończące się propagandowe kampanie sukcesu. Dlatego każde kolejne wystąpienie Morawieckiego jako samozwańczego arbitra moralności budzi raczej uśmiech niż podziw.
Sprawa wypowiedzi Andrzeja Szeptyckiego zasługuje na poważną debatę. Pamięć o ofiarach Wołynia wymaga szacunku, a politycy powinni ważyć słowa. Nie zmienia to jednak faktu, że Mateusz Morawiecki próbuje wykorzystać tę dyskusję do odbudowy własnej pozycji politycznej. I właśnie dlatego jego oburzenie brzmi dziś bardziej jak element kampanii wizerunkowej niż autentyczna troska o historyczną prawdę.










