W polityce zagranicznej bywają momenty, gdy państwo musi reagować stanowczo. Są też chwile, kiedy potrzebna jest rozwaga, umiejętność oddzielenia emocji od strategicznych interesów oraz zdolność dostrzegania szerszego kontekstu. Spór wokół Orderu Orła Białego dla Wołodymyra Zełenskiego pokazuje, że prezydent Karol Nawrocki najwyraźniej wybrał pierwszą drogę, rezygnując z drugiej.
Prezydent Ukrainy podjął decyzję o nadaniu jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imienia „Bohaterów UPA”. To ruch, który w Polsce wywołał zrozumiałe kontrowersje. Trudno oczekiwać, by pamięć o rzezi wołyńskiej i działalności Ukraińskiej Powstańczej Armii nie budziła emocji. Problem polega jednak na tym, że Karol Nawrocki postanowił odpowiedzieć w sposób bardziej przypominający gest polityczny niż odpowiedzialną dyplomację.
– „Prezydent Ukrainy nadaniem ukraińskiej jednostce imienia ‘Bohaterów UPA’ dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie. Oceniam tę decyzję bardzo krytycznie” – stwierdził Nawrocki, uzasadniając wniosek o odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego.
Słowa te brzmią efektownie, ale prowadzą do pytania: czy rzeczywiście największym problemem dla Polski jest dziś order przyznany przywódcy państwa walczącego z rosyjską agresją? Czy naprawdę właśnie ten symbol powinien stać się polem demonstracji politycznej?
Warto zauważyć, że nawet jeśli decyzję Zełenskiego można oceniać negatywnie, nie zmienia ona podstawowego faktu: Ukraina od ponad czterech lat prowadzi wyniszczającą walkę z Rosją. To wojna, która ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo Polski. Zełenski nie otrzymał Orderu Orła Białego za politykę historyczną ani za interpretację wydarzeń z lat czterdziestych XX wieku. Otrzymał go za rolę przywódcy państwa, które stało się pierwszą linią obrony przed rosyjskim imperializmem.
Dlatego reakcja Radosława Sikorskiego wydaje się znacznie bardziej wyważona i osadzona w rzeczywistości. Szef polskiej dyplomacji napisał:
„Mam nadzieję, że po decyzjach kapituły i prezydenta Karola Nawrockiego nie będzie tak, że b. kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder, który bierze od Putina pieniądze, będzie nadal kawalerem Orderu Orła Białego, a ten kto z Putinem walczy, będzie go pozbawiony”.
To zdanie trafia w sedno problemu. Trudno bowiem nie dostrzec paradoksu sytuacji. Gerhard Schröder, od lat krytykowany za swoje związki z rosyjskimi koncernami energetycznymi i bliskie relacje z Władimirem Putinem, nadal pozostaje kawalerem najwyższego polskiego odznaczenia. Tymczasem pod znakiem zapytania stawia się wyróżnienie dla człowieka, który od początku rosyjskiej inwazji stał się symbolem oporu przeciwko Kremlowi.
Nawrocki zdaje się wpadać w pułapkę polityki symboli. Oczywiście pamięć historyczna jest ważna. Polska ma pełne prawo domagać się od Ukrainy uczciwego rozliczenia zbrodni wołyńskiej i krytycznie oceniać wszelkie próby gloryfikacji UPA. Jednak polityka państwa nie może sprowadzać się do gestów, które przynoszą chwilową satysfakcję części elektoratu, a jednocześnie komplikują relacje z najważniejszym sąsiadem znajdującym się w stanie wojny.
Tym bardziej że sam Nawrocki przyznał, iż decyzja Zełenskiego dostarcza argumentów rosyjskiej propagandzie. Jeśli tak jest, to trudno zrozumieć, dlaczego odpowiedzią ma być działanie, które Moskwa z pewnością wykorzysta jako dowód rzekomego rozpadu polsko-ukraińskiej współpracy. Kreml od lat próbuje rozgrywać historyczne spory między Warszawą a Kijowem. Rolą odpowiedzialnych polityków powinno być neutralizowanie takich prób, a nie dostarczanie kolejnych tematów do propagandowych materiałów.
Spór o Order Orła Białego pokazuje różnicę między polityką emocji a polityką państwową. Nawrocki postawił na demonstrację i medialny efekt. Sikorski przypomniał o proporcjach i strategicznych interesach Polski. Można krytykować decyzje Zełenskiego, można domagać się prawdy o Wołyniu, ale trudno uznać za rozsądne odbieranie najwyższego polskiego odznaczenia człowiekowi, który dziś stoi na czele państwa odpierającego rosyjską agresję.
W polityce zagranicznej warto czasem pamiętać, że symbole są ważne. Jeszcze ważniejsze jest jednak to, po czyjej stronie stoi rzeczywistość. A ta jest dziś zdecydowanie bliżej argumentów Sikorskiego niż politycznej demonstracji Karola Nawrockiego.










