Jarosław Kaczyński po raz kolejny postanowił przypomnieć Polakom, dlaczego jego wizja polityki coraz bardziej przypomina świat zamknięty we własnej bańce. W wywiadzie dla Wirtualnej Polski prezes PiS został zapytany o prostą rzecz: czy Donald Tusk zrobił cokolwiek dobrze podczas niemal trzydziestu miesięcy swoich obecnych rządów. Odpowiedź miała pokazać, czy lider największej partii opozycyjnej jest jeszcze zdolny do elementarnego obiektywizmu. Efekt okazał się dla niego kompromitujący.
Po chwili namysłu Kaczyński wskazał jedną decyzję: „Podwyżka płac dla nauczycieli. To rzeczywiście zrobił”. Trudno nie zauważyć, że nawet ten komplement został natychmiast opatrzony zastrzeżeniem. „Gdybyśmy dalej rządzili, też byśmy to zrobili” – dodał prezes PiS, jakby nie mógł znieść myśli, że polityczny przeciwnik odniósł jakikolwiek sukces.
To charakterystyczny sposób myślenia Kaczyńskiego. Sukces przeciwnika nigdy nie jest sukcesem. Jeżeli coś się udało, to dlatego, że PiS zrobiłby to samo. Jeżeli coś się nie udało, to wyłącznie wina Tuska. W takim świecie nie ma miejsca na rzeczową ocenę rzeczywistości. Jest tylko niekończąca się wojna plemienna.
Najbardziej szokujące były jednak dalsze słowa prezesa PiS. „Poza tym Donald Tusk zrobił tyle złego, że nawet jeżeli palą się jakieś malutkie jasne świeczki na jego rzecz, to ogień piekielny, który go czeka, jest nieporównanie większy” – stwierdził Kaczyński.
To zdanie mówi więcej o samym autorze niż o Donaldzie Tusku. Trudno bowiem przypomnieć sobie lidera demokratycznej partii w Europie, który tak swobodnie ferowałby metafizyczne wyroki na politycznych przeciwników. Kaczyński nie ogranicza się już do krytyki decyzji rządu. On sugeruje moralne potępienie, a wręcz zapowiada przeciwnikowi polityczne i duchowe przekleństwo.
To język niebezpieczny. Nie dlatego, że obraża Tuska. Politycy są przyzwyczajeni do brutalnych ataków. Problem polega na tym, że taki sposób prowadzenia debaty zatruwa całe życie publiczne. Skoro przeciwnik nie jest po prostu konkurentem politycznym, lecz kimś, kogo czeka „ogień piekielny”, to po co z nim rozmawiać? Po co szukać kompromisów? Po co uznawać demokratyczny werdykt wyborców?
Jeszcze bardziej wymowna była opowieść o początkach znajomości z Donaldem Tuskiem. Kaczyński przywołał słowa swojego zmarłego brata Lecha, który miał twierdzić, że środowisko Tuska „potwornie kłamie”, że „nie można im wierzyć” i „nie można się z nimi umówić”.
To znamienne, że po niemal czterdziestu latach obecności w polityce Jarosław Kaczyński wciąż buduje swoją narrację wokół dawnych urazów i osobistych animozji. Polska zmieniła się nie do poznania. Zmieniła się Europa. Zmienił się świat. Tylko prezes PiS pozostaje zakładnikiem sporów z początku lat dziewięćdziesiątych.
Coraz częściej można odnieść wrażenie, że Kaczyński nie funkcjonuje już w rzeczywistości, lecz w stworzonej przez siebie opowieści. W tej opowieści on sam pozostaje ostatnim strażnikiem prawdy, a wszyscy przeciwnicy są albo nieuczciwi, albo niemoralni, albo wręcz zasługują na potępienie. Problem polega na tym, że polityka nie jest religijnym sądem ostatecznym. Jest sztuką rozwiązywania problemów obywateli.
Tymczasem Polacy coraz wyraźniej pokazują, że mają dość tej nieustannej wojny. Chcą rozmawiać o gospodarce, bezpieczeństwie, ochronie zdrowia czy edukacji. Nie interesują ich kolejne odsłony osobistego konfliktu między Kaczyńskim a Tuskiem. Zwłaszcza gdy konflikt ten przybiera formę moralistycznych tyrad o piekle i wiecznym potępieniu.
Największym problemem prezesa PiS jest dziś to, że coraz częściej wygląda na polityka, który przestał przekonywać nowych wyborców, a zaczął przemawiać wyłącznie do własnego, najwierniejszego elektoratu. Taka strategia może zapewnić aplauz partyjnych działaczy. Nie daje jednak odpowiedzi na pytanie, jak odzyskać zaufanie większości Polaków.
Jeżeli Jarosław Kaczyński naprawdę chce wrócić do władzy, powinien przestać mówić o piekle swoich przeciwników. Znacznie rozsądniej byłoby zacząć tłumaczyć, dlaczego po ośmiu latach własnych rządów jego partia pozostawiła po sobie tak głębokie podziały, że do dziś nie potrafi się od nich uwolnić. Na razie jednak wszystko wskazuje na to, że prezes PiS woli prowadzić polityczny krucjatę niż poważną debatę o przyszłości Polski.










