Minęło szesnaście lat od katastrofy smoleńskiej. W tym czasie powstały komisje, podkomisje, raporty, ekspertyzy i tysiące publikacji. Przez osiem lat Prawo i Sprawiedliwość dysponowało pełnią władzy, kontrolowało prokuraturę, służby specjalne i większość instytucji państwa. A jednak Jarosław Kaczyński nadal opowiada tę samą historię. Historię, która coraz bardziej przypomina polityczną obsesję niż próbę ustalenia prawdy.
Podczas kolejnej miesięcznicy smoleńskiej prezes PiS powtórzył swoje oskarżenia. Mówił o „zbrodni Putina”, „zbrodni Rosji i jej polskich współpracowników”, a katastrofę określił mianem „zamachu smoleńskiego”. Nie byłoby w tym nic nowego, gdyby nie ton jego wystąpienia. Kaczyński nie tylko po raz kolejny ogłosił własną wersję wydarzeń jako jedyną dopuszczalną. Poszedł znacznie dalej.
Odnosząc się do osób zakłócających jego przemówienie, stwierdził, że „służą Rosji”, a być może są „skończonymi głupcami”, którzy nie rozumieją, co robią. To już nie jest zwykły polityczny spór. To próba przedstawienia każdego przeciwnika jako elementu wielkiego spisku przeciwko Polsce.
Najbardziej niepokojące były jednak słowa dotyczące przyszłości. Kaczyński zapowiedział bowiem, że po zmianie władzy zostanie wyjaśnione, „czym się kierowali, z kim są powiązani, kto im płacił i jakie kary będą musieli z tego powodu ponieść”. A następnie dodał, że zajmą się tym „niezależne sądy, kierowane przez prezesów, którzy powinni tymi sądami kierować”.
To zdanie powinno wywołać alarm u każdego, kto poważnie traktuje zasady państwa prawa.
Bo jak właściwie rozumieć tę zapowiedź? Obywatele korzystają z prawa do protestu. Nie popełniają przestępstwa. Nie przedstawiono żadnych dowodów na ich związki z obcymi służbami. Nie usłyszeli zarzutów. A mimo to lider największej partii opozycyjnej już dziś zapowiada, że po przejęciu władzy zostaną zbadani, prześwietleni i ukarani.
Brzmi to bardziej jak groźba polityczna niż deklaracja przywiązania do demokracji.
Jeszcze bardziej zastanawiające jest przekonanie Kaczyńskiego, że z góry wiadomo, jakie mają być wyniki takich postępowań. W normalnym państwie sądy badają fakty i wydają wyroki na podstawie dowodów. W wizji prezesa PiS wszystko wydaje się prostsze. Najpierw polityk wskazuje winnych, później odpowiednio „legalni” prokuratorzy prowadzą śledztwo, a następnie „właściwi” prezesi kierują sądami.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Jarosław Kaczyński coraz częściej funkcjonuje w rzeczywistości stworzonej wyłącznie na własne potrzeby. W tej rzeczywistości katastrofa lotnicza sprzed szesnastu lat pozostaje zamachem, mimo że nie przedstawiono dowodów, które przekonałyby opinię publiczną. Każdy krytyk jest rosyjskim agentem lub pożytecznym idiotą. Policja chroniąca porządek publiczny staje się częścią nieokreślonego „frontu”. A zwykli obywatele wyrażający sprzeciw urastają do rangi uczestników wojny hybrydowej.
To już nie jest język polityka próbującego przekonać do swoich racji. To język człowieka, który coraz bardziej zamyka się we własnej bańce.
Paradoks polega na tym, że właśnie taka retoryka najbardziej szkodzi pamięci o ofiarach katastrofy smoleńskiej. Zamiast refleksji mamy nieustanną mobilizację polityczną. Zamiast pytań – gotowe odpowiedzi. Zamiast faktów – oskarżenia. Zamiast szacunku dla pluralizmu – wskazywanie kolejnych wrogów.
Kiedyś Jarosław Kaczyński był politykiem, który potrafił narzucać tematy debaty publicznej. Dziś coraz częściej sprawia wrażenie człowieka prowadzącego samotną walkę z rzeczywistością. Każdy kolejny miesiąc przynosi nowe oskarżenia, nowe spiski i nowych wrogów. Wszystko to układa się w obraz polityka, który nie tylko nie chce pogodzić się z upływem czasu, ale także coraz wyraźniej traci kontakt z tym, jak większość Polaków postrzega świat.
A gdy polityk zaczyna wierzyć wyłącznie we własne opowieści, granica między determinacją a politycznym odlotem staje się wyjątkowo cienka.











