Jarosław Kaczyński od lat buduje swoją polityczną pozycję na przekonaniu, że tylko on rozumie Polskę, tylko on dostrzega zagrożenia niewidoczne dla innych i tylko on potrafi obronić państwo przed katastrofą. Problem polega na tym, że z biegiem czasu granica między polityczną diagnozą a polityczną obsesją zaczęła się zacierać. Najnowsze wypowiedzi prezesa PiS pokazują, że proces ten zaszedł już bardzo daleko.
Po przesłuchaniu w sprawie tzw. dwóch wież Kaczyński przyznał uczciwie, że było ono „zgodne z normami prawa”. To ważne stwierdzenie. Oznacza bowiem, że procedury zostały zachowane, a państwo działało zgodnie z obowiązującymi regułami. Można było przypuszczać, że na tym sprawa się zakończy. Nic bardziej mylnego.
Kilka chwil później lider PiS wrócił do swojego ulubionego świata politycznych spisków, zagranicznych wpływów i wszechobecnych zagrożeń. Według niego Polska znajduje się pod rządami „władzy zewnętrznej”, która utrzymuje się dzięki poparciu „przede wszystkim Niemiec”. To już nie jest zwykła krytyka przeciwników politycznych. To próba przedstawienia legalnie wybranego rządu jako obcej administracji działającej na rzecz zagranicznych mocodawców.
Trudno nie zauważyć, że podobne teorie stają się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości. Polska jest członkiem Unii Europejskiej i NATO, uczestniczy w procesach decyzyjnych Zachodu, a każdy kolejny rząd prowadzi politykę w ramach tych samych międzynarodowych zobowiązań. Tymczasem Kaczyński nieustannie kreśli obraz kraju znajdującego się pod okupacją bliżej nieokreślonych sił zewnętrznych.
Jeszcze bardziej znamienne jest to, że prezes PiS dostrzega zagrożenie dla demokracji niemal wszędzie. Jeśli prokuratura prowadzi postępowanie – mamy zamach na praworządność. Jeśli sąd wydaje decyzję niezgodną z oczekiwaniami jego środowiska – pojawia się widmo likwidacji wolności słowa. Jeśli przeciwnicy polityczni korzystają z przysługujących im praw procesowych – oznacza to rzekome łamanie reguł państwa prawa.
W tej narracji nie ma miejsca na zwykłą polityczną konkurencję. Nie ma miejsca na pluralizm, różnicę poglądów ani demokratyczny spór. Jest wyłącznie nieustanna walka dobra ze złem, patriotów z agentami i obrońców Polski z bliżej nieokreślonymi siłami zewnętrznymi.
Szczególnie niepokojące jest to, że Kaczyński coraz częściej zdaje się wierzyć we własną propagandę. Kiedy mówi, że Prawo i Sprawiedliwość „stoi na straży wolnej Polski, w której nie ma miejsca na obcy dyktat”, nie brzmi już jak polityk prowadzący kampanię wyborczą. Brzmi raczej jak człowiek przekonany, że uczestniczy w historycznej misji ratowania kraju przed katastrofą, którą dostrzega wyłącznie on i jego najbliższe otoczenie.
To zjawisko dobrze znane w historii polityki. Wieloletni liderzy często zaczynają funkcjonować w zamkniętym świecie własnych przekonań. Otaczają się ludźmi, którzy potwierdzają ich diagnozy, eliminują krytyczne głosy i stopniowo tracą kontakt z rzeczywistością społeczną. Z czasem każda porażka staje się wynikiem spisku, każda krytyka dowodem zdrady, a każdy przeciwnik narzędziem obcych wpływów.
Właśnie dlatego coraz więcej Polaków reaguje na kolejne wystąpienia prezesa PiS nie oburzeniem, lecz zdumieniem. Jeszcze kilka lat temu jego słowa wyznaczały kierunek debaty publicznej. Dziś coraz częściej sprawiają wrażenie wypowiedzi człowieka, który prowadzi spór nie z realnym rządem czy realną opozycją, lecz z wyobrażonym światem własnych lęków i podejrzeń.
Największym problemem dla Prawa i Sprawiedliwości nie jest zresztą Donald Tusk, Roman Giertych czy jakikolwiek inny polityczny przeciwnik. Największym problemem staje się sam Jarosław Kaczyński. Im bardziej radykalne są jego diagnozy, im częściej mówi o „władzy zewnętrznej”, „obcym dyktacie” i zagrożonej demokracji, tym trudniej przekonać umiarkowanych wyborców, że PiS pozostaje partią zdolną do odpowiedzialnego sprawowania władzy.
Polityka wymaga kontaktu z rzeczywistością. A obserwując kolejne wystąpienia prezesa PiS, można odnieść wrażenie, że rzeczywistość coraz szybciej oddala się od Jarosława Kaczyńskiego.










