Jednym z największych zagrożeń dla każdej partii politycznej nie jest przegrana wyborcza. Nie jest nim nawet utrata władzy. Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, gdy ugrupowanie przestaje analizować rzeczywistość i zaczyna wierzyć we własną propagandę. Słuchając ostatnich wypowiedzi Jacka Sasina, trudno oprzeć się wrażeniu, że Prawo i Sprawiedliwość właśnie wkroczyło na tę niebezpieczną drogę.
Były wicepremier z ogromnym przekonaniem opowiada o odzyskiwaniu wyborców, którzy odpłynęli do Konfederacji, o „efekcie Czarnka”, o zatrzymaniu spadków i nadchodzącym zwycięstwie wyborczym. Problem polega na tym, że im dłużej mówi, tym bardziej przypomina człowieka, który nie opisuje politycznej rzeczywistości, lecz świat własnych oczekiwań.
Sasin przekonuje, że wyborcy, którzy porzucili PiS na rzecz Konfederacji, są „do odzyskania”. Być może. Jednak znacznie ciekawsze jest pytanie, dlaczego ci ludzie w ogóle odeszli. Przez lata PiS przedstawiało się jako jedyna autentyczna partia prawicy. Tymczasem tysiące dawnych sympatyków uznało, że bardziej wiarygodne są ugrupowania, które nigdy nie sprawowały władzy niż partia rządząca Polską przez osiem lat.
To powinno skłaniać do refleksji. Tymczasem Sasin nie proponuje refleksji. Proponuje Przemysława Czarnka.
„Profesor Czarnek jest odpowiedzią na lęki i pretensje do Prawa i Sprawiedliwości” – mówi polityk PiS. Trudno nie zadać pytania: naprawdę? Czy człowiek będący jednym z najbardziej wyrazistych symboli partyjnej wojny kulturowej ma być receptą na odzyskanie wyborców rozczarowanych PiS?
To właśnie w tym miejscu zaczyna się polityczna fantazja.
Jeszcze bardziej zadziwiające są rozważania o rzekomym „efekcie Czarnka”. Sasin twierdzi, że efekt już istnieje, choć „może nie jest wielki”. To wygodne sformułowanie. Jeśli sondaże nie pokazują spektakularnych wzrostów, można powiedzieć, że efekt jest niewielki. Jeśli nie pokazują żadnych wzrostów, można uznać, że potrzeba więcej czasu. Jeśli pojawią się spadki, zawsze znajdzie się jakieś inne wytłumaczenie.
To klasyczna polityka życzeniowa.
Jeszcze kilka lat temu PiS słynęło z chłodnej analizy nastrojów społecznych. Potrafiło rozpoznawać trendy i skutecznie reagować na zmiany polityczne. Dziś coraz częściej sprawia wrażenie ugrupowania zamkniętego we własnej bańce informacyjnej, w której każde wydarzenie interpretuje się jako dowód nadchodzącego sukcesu.
Najlepszym przykładem są słowa Sasina o wewnętrznych sondażach. Według niego PiS ma około 30 procent poparcia i znajduje się bardzo blisko Koalicji Obywatelskiej. Na tej podstawie polityk formułuje daleko idący wniosek: „Sądzę, że Prawo i Sprawiedliwość te wybory wygra”.
To niezwykła pewność siebie jak na partię, która od dawna pozostaje w opozycji, utraciła część swojego elektoratu i zmaga się z rosnącą konkurencją po prawej stronie sceny politycznej. Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że PiS coraz częściej zdaje się traktować własne przewidywania jako fakty.
W tej logice wystarczy uwierzyć, że wyborcy wrócą. Wystarczy uwierzyć, że Czarnek zatrzymał spadki. Wystarczy uwierzyć, że prawica się zjednoczy. Wystarczy uwierzyć, że zwycięstwo jest blisko.
Tyle że polityka nie działa w ten sposób.
Wyborcy nie wracają dlatego, że politycy ogłoszą ich powrót na konferencji prasowej. Sondaże nie rosną dlatego, że działacze bardzo tego chcą. A partie nie wygrywają wyborów dlatego, że przekonują samych siebie o własnej nieuchronnej wygranej.
Największym problemem PiS nie jest dziś Donald Tusk ani Koalicja Obywatelska. Największym problemem staje się narastające oderwanie od rzeczywistości. Coraz częściej można odnieść wrażenie, że część liderów ugrupowania bardziej wierzy w własne opowieści niż w twarde polityczne fakty.
Jacek Sasin jest tego doskonałym symbolem. Zamiast analizować przyczyny słabości swojej partii, opowiada o nieuchronnym sukcesie. Zamiast zastanawiać się, dlaczego wyborcy odchodzą, zapewnia, że zaraz wrócą. Zamiast rozmawiać o błędach, buduje kolejne optymistyczne scenariusze.
Historia polityki pokazuje jednak jedno: partie przegrywają nie wtedy, gdy tracą kontakt z wyborcami. Przegrywają wtedy, gdy tracą kontakt z rzeczywistością. A PiS wydaje się niebezpiecznie zbliżać właśnie do tego momentu.










