Polska polityka zagraniczna od lat cierpi na ten sam problem. Zbyt wielu polityków traktuje ją nie jako narzędzie realizacji interesów państwa, lecz jako kolejną arenę krajowej wojny partyjnej. Ostatnia wypowiedź Marcina Przydacza, który postanowił drwić z ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego przy okazji wizyty prezydenta Karola Nawrockiego w Waszyngtonie, jest podręcznikowym przykładem tego zjawiska.
Przypomnijmy. Po informacji o wyjeździe prezydenta do Stanów Zjednoczonych Radosław Sikorski napisał na platformie X: „Trzymam kciuki aby prezydent Karol Nawrocki wszedł co najmniej do półfinału”. Był to oczywiście ironiczny komentarz do udziału polskiego prezydenta w gali UFC organizowanej przy okazji obchodów amerykańskiego święta narodowego.
Można uznać ten wpis za uszczypliwy. Można uznać go za niepotrzebny. Trudno jednak nie zauważyć, że był to klasyczny polityczny żart, który nie wykraczał poza granice zwyczajowej polemiki.
Tymczasem reakcja Marcina Przydacza pokazała coś znacznie bardziej niepokojącego. Szef Biura Polityki Międzynarodowej postanowił nie rozmawiać o relacjach polsko-amerykańskich, nie o bezpieczeństwie, nie o współpracy wojskowej czy gospodarczej. Zamiast tego zaczął opowiadać o breloczkach.
„Ja zaproponowałem panu ministrowi Sikorskiemu, że mogę mu coś przywieźć z Waszyngtonu, (…) jakąś pamiątkę, nie wiem, mały Biały Dom, taki breloczek” – stwierdził. Wcześniej sugerował również, że szefa polskiej dyplomacji „ewidentnie piecze jakaś złośliwość wewnętrzna” oraz że „w zasadzie w ogóle nie jest gościem wewnątrz Białego Domu”.
Trudno nie zadać pytania: czy naprawdę tak ma wyglądać debata o polityce zagranicznej państwa liczącego niemal czterdzieści milionów obywateli?
Przydacz od lat próbuje kreować się na eksperta od relacji międzynarodowych. Problem polega na tym, że w takich momentach bardziej przypomina uczestnika internetowej kłótni niż urzędnika odpowiedzialnego za sprawy państwowe. Polityk, który zajmuje się dyplomacją, powinien rozumieć znaczenie powagi urzędu. Nawet jeśli nie zgadza się z ministrem spraw zagranicznych, powinien mieć świadomość, że jego słowa są odbierane nie tylko w Warszawie, ale również za granicą.
Jeszcze bardziej kuriozalne są próby podważania pozycji Radosława Sikorskiego w Stanach Zjednoczonych. To właśnie obecny minister spraw zagranicznych od lat posiada jedne z najszerszych kontaktów międzynarodowych wśród polskich polityków. Był ministrem obrony narodowej, marszałkiem Sejmu, wieloletnim szefem dyplomacji, europosłem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich polityków na Zachodzie.
Można krytykować jego poglądy. Można spierać się z jego decyzjami. Trudno jednak zaprzeczyć jego kompetencjom i pozycji w świecie zachodniej polityki.
W istocie problem polega na czymś głębszym. Obóz PiS od lat próbuje przedstawiać politykę zagraniczną jako konkurs zdjęć i kurtuazyjnych spotkań. Kto zrobi fotografię w Gabinecie Owalnym, ten rzekomo odnosi sukces. Kto nie zrobi – ponosi porażkę. To niezwykle prymitywne rozumienie dyplomacji.
Prawdziwa polityka zagraniczna nie polega na kolekcjonowaniu selfie z zagranicznymi przywódcami. Polega na budowaniu trwałych relacji, skutecznym reprezentowaniu interesów państwa i zdobywaniu sojuszników dla polskich spraw. W tym wymiarze doświadczenie i kompetencje są znacznie ważniejsze niż medialne obrazki.
Dlatego cała historia z „breloczkiem z Białego Domu” mówi więcej o Marcinie Przydaczu niż o Radosławie Sikorskim. Pokazuje polityka, który w obliczu poważnych wyzwań międzynarodowych wybiera rolę internetowego komentatora. Pokazuje również środowisko polityczne, które nieustannie próbuje zastąpić merytoryczną debatę złośliwościami i personalnymi wycieczkami.
Sikorski odpowiedział żartem na żart. Przydacz odpowiedział obrażaniem ministra własnego państwa. To zasadnicza różnica. W polityce zagranicznej nie chodzi bowiem o to, kto celniej wbije szpilkę przeciwnikowi. Chodzi o to, kto skuteczniej reprezentuje Polskę.
I właśnie dlatego w tej wymianie to nie minister spraw zagranicznych wygląda niepoważnie.










