Jarosław Kaczyński po raz kolejny sięga po sprawdzony repertuar politycznego strachu. Migranci, przestępczość, zagrożenie dla kobiet, „barbarzyństwo” Zachodu i wreszcie Bruksela przedstawiana jako siła stojąca ponad wolą Polaków.
Tym razem stawką jest jednak coś więcej niż kolejna kampania wyborcza. Słowa prezesa PiS coraz wyraźniej brzmią jak przygotowywanie gruntu pod przyszły konflikt Polski z Unią Europejską, który może zakończyć się dokładnie tam, gdzie od lat prowadzi logika tej polityki – przy Polexicie.
„Jeżeli my dojdziemy do władzy, to będzie koniec paktu. My ten pakt wypowiemy” – zapowiedział Kaczyński podczas konferencji prasowej. To zdanie powinno wywołać niepokój nie tylko wśród zwolenników integracji europejskiej. Problem nie polega bowiem wyłącznie na samym pakcie migracyjnym. Problem polega na tym, że lider największej partii opozycyjnej po raz kolejny sugeruje, iż Polska może jednostronnie ignorować zobowiązania wynikające z członkostwa w Unii Europejskiej.
To dokładnie ten sam mechanizm, który Brytyjczycy obserwowali przez lata przed Brexitem. Najpierw była nieustanna opowieść o tym, że Bruksela ogranicza suwerenność. Potem pojawiły się obietnice odrzucenia wspólnych zasad. Wreszcie przekonywanie, że interes narodowy wymaga konfrontacji z europejskimi instytucjami. Dziś Kaczyński mówi o „groźbach ze strony KE”, których nie wolno stawiać „ponad interesami Polaków”. To klasyczny język polityki antyunijnej.
Prezes PiS doskonale zdaje sobie sprawę, że większość Polaków nie chce opuszczenia Unii Europejskiej. Dlatego nie mówi o tym wprost. Zamiast tego od lat buduje narrację, według której Polska musi wybierać między własnym interesem a zobowiązaniami wynikającymi z członkostwa we wspólnocie. Polexit nie zaczyna się od referendum. Polexit zaczyna się od systematycznego przekonywania obywateli, że Unia jest zagrożeniem.
Jednocześnie Kaczyński próbuje straszyć migrantami, przedstawiając niemal apokaliptyczny obraz Polski. Według niego „na pewno już dzisiaj chodzą po ulicach polskich miast i wsi ludzie, szczególnie panie, kobiety, które zapłacą za to życiem”. Takie słowa nie są analizą rzeczywistości. Są próbą wzbudzenia emocji poprzez najczarniejsze możliwe scenariusze.
Co więcej, w kwestii migracji PiS i sam Kaczyński są dziś całkowicie niewiarygodni. Trudno bowiem zapomnieć, że partia ta rządziła Polską przez osiem lat. W tym czasie do kraju przybyły setki tysięcy cudzoziemców. Polska stała się jednym z największych odbiorców pracowników spoza Unii Europejskiej. To właśnie za rządów PiS wydawano rekordowe liczby zezwoleń na pracę i wiz.
Kulminacją kompromitacji była tak zwana afera wizowa. Okazało się wówczas, że państwo, które najgłośniej straszyło migrantami, nie potrafiło skutecznie kontrolować własnego systemu wizowego. Politycy PiS próbowali budować swój kapitał polityczny na opowieściach o zagrożeniach zewnętrznych, podczas gdy chaos panował w instytucjach podległych ich własnemu rządowi.
Dlatego dzisiejsze ostrzeżenia Kaczyńskiego brzmią szczególnie fałszywie. Człowiek, który przez osiem lat sprawował faktyczną władzę w państwie, próbuje przedstawiać się jako obrońca Polski przed problemami, które w dużej mierze powstały za jego rządów. To polityczna amnezja w najczystszej postaci.
Jeszcze bardziej niepokojące jest jednak to, że temat migracji staje się dla PiS narzędziem do podważania fundamentów polskiej obecności w Europie. Zamiast uczciwej debaty o bezpieczeństwie granic i polityce migracyjnej słyszymy coraz częściej sugestie, że Polska powinna odrzucać wspólne europejskie rozwiązania, nawet jeśli oznaczałoby to otwarty konflikt z Unią.
Historia pokazuje, że takie konflikty mają swoją logikę. Najpierw odrzuca się jedną regulację. Potem kolejną. Następnie kwestionuje się samą zasadę wspólnego prawa. W końcu pojawia się pytanie, czy członkostwo w ogóle ma sens. To właśnie dlatego słowa Kaczyńskiego należy traktować poważnie. Nie dlatego, że dotyczą paktu migracyjnego. Dlatego, że coraz wyraźniej pokazują kierunek polityczny, w którym PiS chciałby poprowadzić Polskę.
A tym kierunkiem nie jest silna pozycja Polski w Europie. Tym kierunkiem jest nieustanny konflikt z Europą, który wcześniej czy później może doprowadzić do tego, czego większość Polaków nie chce – politycznego i gospodarczego wypchnięcia naszego kraju na margines wspólnoty.










