Polska polityka zagraniczna powinna być prowadzona z myślą o interesach państwa, a nie o medialnych fotografiach i budowaniu politycznego kultu zagranicznych przywódców. Niestety, wizyta prezydenta Karola Nawrockiego w Waszyngtonie coraz bardziej przypomina pielgrzymkę do Donalda Trumpa niż poważną misję głowy państwa.
Według informacji przekazanych przez prezydenckiego ministra Marcina Przydacza Nawrocki uda się do Stanów Zjednoczonych, by uczestniczyć w gali UFC Freedom 250 organizowanej w dniu osiemdziesiątych urodzin amerykańskiego prezydenta. Owszem, zapowiadane są również rozmowy dotyczące bezpieczeństwa i relacji dwustronnych. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że głównym politycznym celem tej wizyty jest pokazanie bliskich relacji z Donaldem Trumpem.
To właśnie tutaj warto zwrócić uwagę na słowa Radosława Sikorskiego. Szef polskiej dyplomacji przypomniał rzecz oczywistą, choć najwyraźniej zapomnianą przez część polskiej prawicy. „Nawet przy prywatnych uroczystościach można ugrać coś dla kraju” – powiedział minister spraw zagranicznych.
To zdanie trafia w samo sedno problemu.
W dyplomacji nie liczy się to, kto otrzymał zaproszenie na przyjęcie, ale co udało się załatwić dla własnego państwa. Poważny polityk nie jedzie do Waszyngtonu po zdjęcie z amerykańskim prezydentem. Jedzie tam po konkretne decyzje, gwarancje bezpieczeństwa, inwestycje lub polityczne zobowiązania.
Sikorski słusznie podkreślił, że „prezydent ma wsparcie całego rządu w zabieganiu o realizację obietnicy prezydenta Trumpa co do zwiększenia obecności amerykańskich wojsk w Polsce”. To właśnie jest język odpowiedzialnej polityki zagranicznej. Nie opowieści o prestiżu, nie zachwyty nad osobą amerykańskiego przywódcy, lecz twarda rozmowa o interesach Polski.
Tymczasem Karol Nawrocki coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który traktuje relacje międzynarodowe jak przedłużenie kampanii wyborczej. W jego środowisku od miesięcy budowana jest narracja, według której sam fakt dobrych relacji z Donaldem Trumpem ma stanowić dowód skuteczności. To bardzo niebezpieczne uproszczenie.
Historia pokazuje, że interesy państw są trwalsze niż polityczne sympatie między przywódcami. Polska musi współpracować z każdym amerykańskim prezydentem – republikaninem czy demokratą. Budowanie całej strategii wokół jednego polityka jest zwyczajnie nieodpowiedzialne.
Jeszcze bardziej znaczące są słowa Sikorskiego dotyczące Zbigniewa Ziobry. Minister spraw zagranicznych zaapelował: „Bardzo bym prosił pana prezydenta, aby się upomniał o to, aby Zbigniew Ziobro został pozbawiony ochrony Stanów Zjednoczonych, aby mógł stanąć w Polsce przed obliczem prokuratora i sędziego”.
To nie jest polityczna złośliwość. To przypomnienie podstawowej zasady państwa prawa. Jeżeli wobec polityka prowadzone są postępowania i istnieją wobec niego zarzuty wymagające wyjaśnienia, powinien stanąć przed wymiarem sprawiedliwości. Dotyczy to każdego obywatela, niezależnie od funkcji, jaką pełnił.
Sikorski dodał przy tym złośliwie, ale logicznie: „Ja rozumiem, że pan prezydent chciałby Ziobrę prędzej czy później ułaskawić, ale żeby mógł go ułaskawić, to musi najpierw być skazany”.
W tym jednym zdaniu zawiera się zasadnicza różnica między podejściem obu polityków. Sikorski mówi o instytucjach, procedurach i odpowiedzialności prawnej. Nawrocki natomiast coraz częściej funkcjonuje w świecie politycznych gestów, symboli i plemiennych lojalności.
Nieprzypadkowo wcześniej szef MSZ ironizował, pisząc: „Trzymam kciuki, aby prezydent Karol Nawrocki wszedł co najmniej do półfinału”. Był to żart odnoszący się do gali UFC, ale jednocześnie celna diagnoza. W pewnym momencie trudno bowiem odróżnić, czy mówimy jeszcze o polityce zagranicznej państwa, czy już o medialnym widowisku.
Polska potrzebuje prezydenta, który będzie skutecznie reprezentował interes narodowy, a nie polityka szukającego kolejnych okazji do budowania własnego wizerunku w otoczeniu zagranicznych celebrytów polityki. Wizyty zagraniczne powinny przynosić konkretne rezultaty, a nie wyłącznie efektowne fotografie.
Jeżeli Karol Nawrocki rzeczywiście chce udowodnić swoją skuteczność, powinien wrócić z Waszyngtonu z realnymi korzyściami dla Polski. W przeciwnym razie pozostanie jedynie wspomnienie kolejnego politycznego spektaklu, w którym forma po raz kolejny zwyciężyła nad treścią.











