W polityce zagranicznej liczą się skuteczność, powaga i umiejętność realizowania interesów państwa. Liczą się konkretne efekty, a nie zdjęcia, gesty czy towarzyskie spotkania. Właśnie dlatego zapowiadana wizyta prezydenta Karola Nawrockiego w Stanach Zjednoczonych budzi więcej pytań niż nadziei.
Polski prezydent udaje się do Waszyngtonu na zaproszenie Donalda Trumpa, aby uczestniczyć w gali UFC Freedom 250 organizowanej z okazji urodzin amerykańskiego przywódcy. Według współpracowników Nawrockiego ma dojść także do rozmowy w cztery oczy z Trumpem. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że cała wyprawa bardziej przypomina polityczny happening niż poważną misję dyplomatyczną.
Donald Tusk skomentował tę wizytę z charakterystyczną dla siebie ironią. Premier przypomniał, że najważniejszą sprawą pozostaje realizacja amerykańskich zobowiązań wobec Polski. „Liczę na to, że prezydent Nawrocki znajdzie okazję, jakiś moment. To są urodziny, jakieś walki, boks, UFC, więc nie wiem, czy będzie miał okazję, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że przypomni prezydentowi Trumpowi te obietnice” – powiedział.
W tych słowach kryje się ważna prawda. Państwo polskie potrzebuje dziś konkretnych działań związanych z bezpieczeństwem. Donald Trump zapowiadał wysłanie do Polski dodatkowych pięciu tysięcy amerykańskich żołnierzy. Rząd Donalda Tuska już przygotowuje infrastrukturę, logistykę i finansowanie, aby taka obecność mogła zostać zrealizowana. To właśnie jest odpowiedzialna polityka – spokojna, metodyczna i nastawiona na rezultat.
Tymczasem Karol Nawrocki zdaje się coraz częściej koncentrować na budowaniu własnego politycznego wizerunku. Nie ma nic złego w dobrych relacjach z amerykańskim prezydentem. Problem pojawia się wtedy, gdy relacje osobiste zaczynają zastępować realną dyplomację.
Od początku swojej prezydentury Nawrocki chętnie korzysta z retoryki siły, patriotycznych uniesień i efektownych symboli. Jednak polityka międzynarodowa nie jest ringiem bokserskim. Nie wygrywa się jej mocnymi minami ani widowiskowymi wejściami przy aplauzie publiczności. Wygrywa się ją cierpliwymi negocjacjami, budowaniem sojuszy i konsekwentnym reprezentowaniem interesów państwa.
Nic więc dziwnego, że najbardziej zapamiętanym fragmentem wypowiedzi Tuska stał się jego żartobliwy apel do prezydenta. „Mam nadzieję, żeby nie dał się tam zaciągnąć do klatki. Wiemy, że lubi boks, ale lepiej nie ryzykować” – mówił premier.
Żart trafia w sedno problemu. Karol Nawrocki sprawia bowiem wrażenie polityka, który znacznie lepiej odnajduje się w świecie symbolicznych pojedynków niż w mozolnej pracy państwowej. Chętnie uczestniczy w wydarzeniach budujących medialny rozgłos, ale znacznie rzadziej przedstawia konkretne rezultaty własnej aktywności międzynarodowej.
Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że prezydent coraz częściej zdaje się postrzegać politykę zagraniczną przez pryzmat partyjnych sympatii. Polska nie potrzebuje dziś ambasadora jednej amerykańskiej partii. Potrzebuje głowy państwa zdolnej współpracować z każdym gospodarzem Białego Domu, niezależnie od jego politycznych barw.
Donald Tusk pokazuje w tej sprawie znacznie dojrzalsze podejście. Premier nie koncentruje się na osobistych relacjach z politykami za oceanem, lecz na zabezpieczeniu konkretnych interesów Polski. To dlatego mówi o przygotowaniu baz, logistyki i środków finansowych. To dlatego oczekuje od prezydenta nie pamiątkowych fotografii z gali UFC, lecz rozmowy o bezpieczeństwie kraju.
Ostatecznie historia oceni tę wizytę nie przez liczbę uścisków dłoni ani wspólnych zdjęć z Donaldem Trumpem. Liczyć się będzie jedno: czy Polska zyskała coś realnego. Jeśli efektem będą dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa i zwiększona obecność wojsk amerykańskich, sukces odniosą wszyscy Polacy. Jeśli jednak pozostaną jedynie efektowne fotografie z urodzinowej gali i medialne relacje z politycznego show, okaże się, że prezydent pomylił interes państwa z własną promocją.
A na takie pomyłki Polska nie może sobie pozwolić.










