W polityce istnieje stara zasada: najważniejsze nie jest to, co politycy obiecują, lecz to, co zrobili wtedy, gdy mieli realną władzę. Dlatego prezentacja kolejnych punktów tak zwanego „planu Czarnka” budzi przede wszystkim jedno pytanie: skoro wszystkie te pomysły są tak znakomite, jak przekonują dziś liderzy PiS, to dlaczego nie zostały zrealizowane w latach 2015–2023?
Osiem lat. Dwie kadencje. Pełnia władzy w Sejmie. Własny prezydent. Własny premier. Własny minister finansów. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki do realizacji ambitnych reform. A jednak dopiero dziś Przemysław Czarnek przedstawia kolejne „przełomowe” propozycje, które rzekomo mają zmienić Polskę.
To właśnie ten brak konsekwencji jest największym problemem całej prezentacji. Nie dlatego, że każda z propozycji jest z definicji zła. Problem polega na tym, że autorzy programu zachowują się tak, jakby przez ostatnie osiem lat siedzieli w opozycji i bezsilnie przyglądali się działaniom innych. Tymczasem to właśnie oni odpowiadali za państwo.
Podczas spotkania w Kaliszu Jarosław Kaczyński zapowiadał „wielki wysiłek”, który ma doprowadzić do odsunięcia obecnego rządu od władzy. Z kolei Przemysław Czarnek przedstawił pierwsze trzy punkty swojego programu: wyjście Polski z systemu ETS, ulgę dla pracujących emerytów oraz podniesienie drugiego progu podatkowego do 180 tysięcy złotych.
Brzmi atrakcyjnie? Być może. Tyle że natychmiast pojawia się pytanie, którego politycy PiS bardzo nie lubią. Dlaczego nie zrobili tego wcześniej?
Weźmy choćby podniesienie drugiego progu podatkowego. PiS rządził przez osiem lat. Miał większość parlamentarną i pełną kontrolę nad polityką podatkową państwa. Jeżeli obecny próg był zły, niesprawiedliwy lub niekorzystny dla klasy średniej, nic nie stało na przeszkodzie, by go zmienić. Czas był. Możliwości były. Władza była.
Podobnie wygląda sprawa programu dla emerytów. Dziś Czarnek przekonuje, że „wielu emerytów chce podejmować dodatkową pracę, ale przepisy stoją temu na przeszkodzie”. To zaskakujące stwierdzenie. Kto przez osiem lat odpowiadał za te przepisy? Kto miał możliwość ich zmiany? Przecież nie Donald Tusk, nie Koalicja Obywatelska i nie obecna większość parlamentarna.
Jeszcze bardziej kuriozalnie brzmią zapowiedzi dotyczące ETS. Czarnek grzmi: „Wychodzimy z ETS-u! To jest największe oszustwo, jakiemu zostali poddani Polacy”. To bardzo mocne słowa. Ale jeśli rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z tak gigantycznym oszustwem, dlaczego PiS nie podjął skutecznych działań w czasie swoich rządów? Dlaczego przez lata uczestniczył w unijnych negocjacjach i nie doprowadził do realizacji własnych postulatów?
W tym właśnie tkwi istota problemu. „Plan Czarnka” nie jest planem przyszłości. Jest katalogiem pytań o przeszłość. Każdy kolejny punkt programu przypomina bowiem wyborcom o tym, czego PiS nie zrobił wtedy, gdy miał ku temu wszystkie narzędzia.
Nieprzypadkowo Donald Tusk i obecna koalicja rządząca mogą dziś patrzeć na te propozycje ze spokojem. Opozycja przedstawia bowiem nie tyle wizję nowego państwa, ile akt oskarżenia wobec własnych rządów. Każda kolejna obietnica jest jednocześnie przyznaniem, że przez osiem lat czegoś zabrakło: determinacji, skuteczności albo zwyczajnie chęci.
Przemysław Czarnek próbuje kreować się na autora wielkiego projektu naprawy Polski. Jednak wyborcy mają prawo oczekiwać odpowiedzi na fundamentalne pytanie: dlaczego te wszystkie znakomite pomysły pojawiają się dopiero teraz?
W demokracji pamięć bywa krótka, ale nie aż tak krótka. Polacy doskonale wiedzą, kto rządził przez ostatnie osiem lat. Wiedzą również, kto ponosi odpowiedzialność za przepisy, które dziś PiS tak chętnie krytykuje.
I właśnie dlatego „plan Czarnka” bardziej przypomina kampanijny folder niż wiarygodny program rządzenia. Bo zanim politycy PiS zaczną opowiadać o przyszłości, powinni uczciwie wyjaśnić, dlaczego nie zrealizowali tych samych pomysłów wtedy, gdy naprawdę mogli to zrobić.










