Polska polityka przyzwyczaiła nas do ostrych sporów. Emocje, wzajemne oskarżenia, złośliwości i polityczne szpilki stały się codziennością. Są jednak granice, których przekraczać nie wolno. Jedną z nich jest elementarny szacunek dla rozmówcy. Gdy europoseł PiS Maciej Wąsik zwrócił się do ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego słowami „Gdzie byłeś łajdaku?”, pokazał nie siłę argumentów, lecz słabość własnej kultury politycznej.
To nie był przypadkowy lapsus ani emocjonalna reakcja wyrwana z kontekstu. To była świadoma wypowiedź doświadczonego polityka, byłego wiceszefa MSWiA, człowieka, który przez lata odpowiadał za bezpieczeństwo państwa. Tym bardziej trudno uwierzyć, że uznał taki język za dopuszczalny.
Cała sprawa rozpoczęła się od pytania postawionego przez Marcina Kierwińskiego. Minister przypomniał, że środowisko PiS przez lata chętnie posługiwało się hasłem „murem za polskim mundurem”. Zapytał więc: „Czy Pan Kaczyński zamierza nadal zasłaniać oczy i uszy, gdy szef ich radiowęzła obraża funkcjonariuszy policji? Gdzie się podziało »murem za polskim mundurem«? No, gdzie?”.
Można zgadzać się z tym pytaniem lub nie. Można polemizować z oceną ministra. Ale odpowiedzią powinny być fakty i argumenty. Tymczasem Wąsik postanowił odpowiedzieć obelgą. „Gdzie byłeś łajdaku, kiedy wasi politycy i akolici pluli i naprawdę obrażali funkcjonariuszy na granicy?” – napisał.
Takie słowa są po prostu nie do obrony.
Nie dlatego, że padły pod adresem konkretnego ministra. Nie dlatego, że dotyczą polityka Platformy Obywatelskiej. Są nie do obrony dlatego, że pochodzą od osoby sprawującej mandat publiczny. W demokracji można ostro krytykować przeciwników. Można wytykać błędy, niekonsekwencję czy hipokryzję. Ale zastępowanie argumentów wyzwiskami jest oznaką politycznej bezradności.
Co więcej, Wąsik sam oskarżył swoich przeciwników o „Himalaje hipokryzji i obłudy”. Paradoks polega na tym, że właśnie jego wpis jest przykładem takiej hipokryzji. Politycy PiS przez lata przedstawiali siebie jako obrońców godności urzędu, patriotyzmu i szacunku dla państwowych instytucji. Wielokrotnie oburzali się na ostre słowa kierowane pod adresem własnego środowiska. Dziś jednak jeden z ich najbardziej rozpoznawalnych polityków bez większych oporów używa języka, który jeszcze niedawno sam uznałby za niedopuszczalny.
Nie sposób również nie zauważyć, że Wąsik całkowicie uciekł od meritum. Kierwiński pytał o stosunek środowiska PiS do obrażania policjantów. Zamiast odpowiedzi pojawiła się lista nazwisk, wyliczanie dawnych sporów i osobisty atak na ministra. To klasyczny przykład politycznej zasłony dymnej. Gdy brakuje argumentów, najłatwiej zmienić temat.
W tej sytuacji reakcja Marcina Kierwińskiego była celna i pokazująca dystans. Minister odpowiedział krótko: „Przykład bolesnej traumy związanej z doprowadzeniem skazańca do aresztu”. Jednym zdaniem przypomniał okoliczności, które do dziś pozostają dla wielu polityków PiS wyjątkowo niewygodne.
Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Wąsik nie jest internetowym komentatorem ani anonimowym użytkownikiem mediów społecznościowych. Jest europosłem reprezentującym Polskę na forum europejskim. Każda jego publiczna wypowiedź wpływa na obraz polskiej klasy politycznej. Jeżeli politycy wysokiego szczebla uznają wyzwiska za normalny sposób prowadzenia debaty, trudno oczekiwać, że poziom dyskusji publicznej będzie się podnosił.
Polska potrzebuje dziś poważnej rozmowy o bezpieczeństwie, policji i funkcjonowaniu państwa. Potrzebuje sporów opartych na faktach, a nie na obelgach. W tym konkretnym przypadku rację ma Marcin Kierwiński. Pytanie o konsekwencję w obronie funkcjonariuszy jest zasadne. Natomiast odpowiedź Macieja Wąsika pokazuje jedynie, jak bardzo część polityków PiS przyzwyczaiła się do języka agresji.
Bo kiedy polityk zamiast argumentów sięga po wyzwiska, przegrywa nie jego przeciwnik. Przegrywa debata publiczna. A wraz z nią przegrywa szacunek dla instytucji, o których obronie tak często mówią ci sami ludzie.










