Polityka bywa sztuką nadawania znaczeń. Czasem jednak równie ważna jest umiejętność odbierania przeciwnikowi okazji do budowania mitu. Donald Tusk właśnie to zrobił w sprawie wizyty prezydenta Karola Nawrockiego w Waszyngtonie. Jednym celnym żartem skutecznie spuścił powietrze z propagandowego balonu, który politycy PiS pompowali od wielu dni.
Prawica próbowała przedstawić wyjazd Nawrockiego do Stanów Zjednoczonych jako wydarzenie niemal historyczne. W medialnych przekazach miało to wyglądać jak wielki triumf polskiej dyplomacji i dowód szczególnych relacji z Donaldem Trumpem. Problem polega na tym, że rzeczywistość okazała się znacznie mniej spektakularna. Mówimy bowiem o udziale w gali UFC organizowanej przy okazji obchodów amerykańskiego święta i urodzin prezydenta USA. To wydarzenie przede wszystkim towarzyskie i widowiskowe, a nie oficjalna wizyta państwowa.
Tusk doskonale wyczuł ten rozdźwięk między propagandą a rzeczywistością. Dlatego zamiast wdawać się w poważne dyskusje o randze wydarzenia, wybrał broń znacznie skuteczniejszą – ironię.
„Z gorącym apelem zwracam się do pana prezydenta, żeby nie dał się tam zaciągnąć do klatki” – powiedział premier. Dodał przy tym, że „wiemy, że lubi boks, ale lepiej nie ryzykować”.
Żart był prosty, ale niezwykle celny. W jednej chwili przypomniał opinii publicznej, że cała otoczka budowana wokół wizyty sprowadza się w istocie do udziału w gali mieszanych sztuk walki. Trudno bowiem jednocześnie przekonywać obywateli o przełomowym znaczeniu wydarzenia i oburzać się, gdy ktoś przypomina, że jego centralnym elementem są walki w oktagonie.
Premier zrobił coś jeszcze. Zwrócił uwagę na sprawę naprawdę istotną dla bezpieczeństwa Polski. „We wtorek z samego rana Komitet Bezpieczeństwa będzie pracował nad przygotowaniem miejsc infrastruktury, logistyki, pieniędzy pod kątem obecności wojsk amerykańskich w Polsce” – podkreślił. Następnie wyraził nadzieję, że Nawrocki znajdzie okazję, aby przypomnieć Donaldowi Trumpowi o zobowiązaniach dotyczących obecności wojsk USA w naszym kraju.
To właśnie tutaj widać różnicę między polityką realną a polityką widowiskową. Tusk mówił o wojskach, bezpieczeństwie i strategicznych interesach Polski. PiS koncentrował się na medialnym efekcie samej podróży.
Nic dziwnego, że reakcja polityków partii Kaczyńskiego była nerwowa. Przemysław Czarnek próbował odpowiadać premierowi, wyciągając rozmaite wydarzenia z przeszłości i atakując go personalnie. Problem polega jednak na tym, że takie odpowiedzi nie zmieniają faktów. Nie odpowiadają również na podstawowe pytanie: co konkretnie Polska zyska dzięki obecności prezydenta na gali UFC?
W ostatnich latach PiS wielokrotnie próbował zastępować skuteczność polityczną marketingiem politycznym. Każde zdjęcie, każde spotkanie i każda podróż miały urastać do rangi przełomu. Tymczasem wyborcy coraz częściej oczekują konkretów, a nie opowieści o sukcesach, które istnieją głównie w przekazach partyjnych mediów.
W tym sensie reakcja Tuska była nie tylko dowcipna, ale również politycznie skuteczna. Premier nie zaatakował Nawrockiego agresywnie. Nie kwestionował samego wyjazdu. Nie budował atmosfery konfliktu. Wystarczyło kilka zdań, by przypomnieć opinii publicznej rzeczywisty charakter wydarzenia.
I właśnie dlatego politycy PiS tak gwałtownie zareagowali. Humor jest dla propagandy szczególnie niebezpieczny. Z poważnymi oskarżeniami można polemizować. Z krytyką można walczyć. Natomiast gdy polityczny balon zostaje przekłuty żartem, bardzo trudno ponownie napełnić go tym samym powietrzem.
Karol Nawrocki poleciał do Waszyngtonu. To jego prawo i jego obowiązek jako prezydenta. Jednak próba przedstawienia udziału w gali UFC jako wielkiego triumfu polskiej polityki zagranicznej była od początku przesadzona. Donald Tusk jednym zdaniem przypomniał o tym wszystkim, którzy dali się ponieść propagandowej narracji.
A to właśnie dlatego jego słowa wywołały po drugiej stronie tak duże emocje.










