Karol Nawrocki przebywa w Stanach Zjednoczonych, gdzie bierze udział w serii spotkań i wydarzeń związanych z wizytą u prezydenta Donalda Trumpa. Problem polega jednak na tym, że już dziś za medialnym szumem coraz trudniej dostrzec konkretne rezultaty jego działań. Wizyta, która miała podkreślać znaczenie Polski na arenie międzynarodowej, jak dotąd przynosi więcej efektownych obrazów i deklaracji niż wymiernych rezultatów.
Najbardziej wymowny jest fakt, że do tej pory nie pojawił się oficjalny komunikat Kancelarii Prezydenta dotyczący treści rozmowy Karola Nawrockiego z Donaldem Trumpem podczas gali UFC Freedom 250. Kamery agencji Reuters uchwyciły krótką wymianę zdań obu polityków, ale Polacy nadal nie wiedzą, czego konkretnie dotyczyła ta rozmowa i jakie korzyści miała przynieść naszemu krajowi.
Tymczasem sam prezydent nie szczędził wielkich słów. Po zakończeniu mszy świętej w Silver Spring przekonywał, że „nasz cel strategiczny jest taki: im więcej żołnierzy amerykańskich w Polsce, tym lepiej”. Trudno się z tym nie zgodzić. Większość polskiej klasy politycznej od lat opowiada się za utrzymaniem silnej obecności wojsk USA nad Wisłą. Problem polega jednak na tym, że deklaracje nie są jeszcze osiągnięciami.
Od miesięcy Nawrocki buduje narrację, według której jego osobiste relacje z Donaldem Trumpem mają stanowić klucz do polskiego bezpieczeństwa. Tymczasem polityka międzynarodowa nie opiera się na sympatiach, fotografiach ani krótkich rozmowach przy okazji uroczystości. Opiera się na konkretnych decyzjach, podpisanych dokumentach, umowach wojskowych i trwałych zobowiązaniach sojuszniczych.
Właśnie dlatego tak zaskakuje kontrast między rozmiarem politycznej opowieści a liczbą przedstawionych konkretów. Prezydent zapewniał, że Donald Trump „bardzo ceni naszą osobistą relację”, a także „bardzo ceni naród polski”. To oczywiście miłe słowa, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że bardziej przypominają one relację z towarzyskiego spotkania niż podsumowanie działań głowy państwa reprezentującej blisko czterdziestomilionowy kraj.
Jeszcze bardziej niepokoi sposób, w jaki Nawrocki traktuje media. Kiedy przed kościołem jeden z dziennikarzy próbował zapytać go o rozmowy dotyczące amerykańskiej obecności wojskowej, usłyszał: „Idę się modlić, nie krzyczcie, drodzy państwo. Kościół, modlitwa, wchodzimy, panie redaktorze”.
Oczywiście można zrozumieć chęć zachowania powagi miejsca kultu religijnego. Problem polega jednak na tym, że podobne sytuacje coraz częściej wpisują się w szerszy styl komunikacji obecnego prezydenta. Zamiast odpowiadać na trudne pytania, woli udzielać pouczeń. Zamiast wyjaśniać szczegóły swoich działań, częściej odwołuje się do symboli, emocji i własnego autorytetu.
W demokratycznym państwie dziennikarze nie są intruzami. Ich zadaniem jest zadawanie pytań w imieniu obywateli. Także tych niewygodnych. Także wtedy, gdy polityk nie ma ochoty na rozmowę. Prezydent powinien rozumieć tę zasadę lepiej niż ktokolwiek inny.
Nie sposób również pominąć szerszego kontekstu politycznego. Nawrocki coraz częściej kreuje się na jedynego polityka zdolnego do utrzymywania dobrych relacji z Donaldem Trumpem. W tej narracji sukcesy są wyłącznie jego zasługą, a wszelkie problemy wynikają z działań rządu Donalda Tuska. To wygodna konstrukcja polityczna, ale niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością.
Relacje polsko-amerykańskie są rezultatem wieloletniej pracy kolejnych rządów, prezydentów, dyplomatów i wojskowych. Nie są własnością żadnego polityka ani żadnej partii. Próba przedstawiania ich jako osobistego osiągnięcia jednej osoby jest nie tylko przesadą, ale również przejawem politycznej pychy.
Co więcej, trudno nie zauważyć, że obecna administracja w Warszawie również aktywnie uczestniczy w rozwijaniu współpracy wojskowej ze Stanami Zjednoczonymi. Bez względu na polityczne sympatie, bezpieczeństwo Polski wymaga współdziałania wszystkich najważniejszych instytucji państwa. Tworzenie wrażenia, że jedynie prezydent posiada monopol na dobre relacje z Waszyngtonem, jest zwyczajnie niepoważne.
Karol Nawrocki niewątpliwie potrafi przyciągać uwagę mediów. Potrafi tworzyć efektowne obrazy i wygłaszać chwytliwe deklaracje. Coraz częściej jednak pojawia się pytanie, czy za tym wszystkim stoją równie konkretne rezultaty. Polska potrzebuje dziś prezydenta skutecznego, a nie tylko widowiskowego. Potrzebuje polityka, który będzie rozliczany z efektów swojej pracy, a nie z liczby zdjęć wykonanych podczas zagranicznych wizyt.
Być może dalsza część amerykańskiej wizyty przyniesie odpowiedzi na pytania, które dziś pozostają otwarte. Na razie jednak w przekazie płynącym z USA dominują symbole, deklaracje i polityczny spektakl. A konkretów wciąż jest zaskakująco mało.










