Przemysław Czarnek rozpoczął kampanię wyborczą od głośnej zapowiedzi zmian podatkowych. „To wszystko oznacza kolejną rewolucję podatkową na korzyść podatników” – ogłosił z entuzjazmem, deklarując podniesienie drugiego progu podatkowego ze 120 do 180 tysięcy złotych. Brzmi atrakcyjnie. Problem polega jednak na tym, że autor tej „rewolucji” nie spadł właśnie z Księżyca. Przez osiem lat był jednym z najważniejszych polityków obozu PiS. I przez te osiem lat jakoś nie znalazł czasu, by podobne pomysły wcielić w życie.
W polskiej polityce nic nie irytuje bardziej niż politycy, którzy po utracie władzy zaczynają zachowywać się tak, jakby przez lata siedzieli w opozycyjnej ławce. Czarnek jest dziś podręcznikowym przykładem takiej postawy. Gdy mówi: „Jak tylko dochodzimy do władzy, pierwsza nasza decyzja – podnosimy II próg podatkowy ze 120 tys. do 180 tys.”, trudno nie zadać prostego pytania: dlaczego nie zrobiliście tego wcześniej?
Prawo i Sprawiedliwość rządziło przez osiem lat. Miało większość parlamentarną, własnego prezydenta, własny rząd, własnego premiera i własnego ministra finansów. Jeśli podwyższenie progu podatkowego było tak znakomitym rozwiązaniem, to co stało na przeszkodzie? Brak czasu? Osiem lat to więcej niż wystarczająco. Brak pieniędzy? W tym samym czasie znajdowały się miliardy na dziesiątki innych projektów, często znacznie mniej potrzebnych. Brak odwagi? Trudno o taki argument w przypadku partii, która lubiła przedstawiać się jako ugrupowanie zdolne do podejmowania najtrudniejszych decyzji.
Jeszcze bardziej uderza fakt, że obecne deklaracje brzmią jak próba ucieczki od własnej odpowiedzialności. Czarnek przekonuje, że proponowane zmiany przyniosą podatnikom od dwóch do nawet dwunastu tysięcy złotych rocznie oszczędności. Skoro tak, to dlaczego miliony Polaków nie mogły korzystać z tych pieniędzy przez ostatnie lata? Dlaczego politycy PiS przypomnieli sobie o nich dopiero wtedy, gdy znaleźli się w opozycji?
To nie pierwszy raz, gdy obóz Jarosława Kaczyńskiego prezentuje wyborcom pomysły, które rzekomo mają odmienić Polskę, choć sam miał pełnię możliwości, by je wcześniej wdrożyć. Taki mechanizm stał się wręcz znakiem rozpoznawczym PiS. Kiedy partia jest u władzy, słyszymy o ograniczeniach, trudnych okolicznościach i konieczności zachowania ostrożności. Kiedy przechodzi do opozycji, nagle pojawiają się śmiałe wizje, wielkie reformy i obietnice, które – jak się okazuje – były możliwe od zawsze.
Oczywiście można krytykować Donalda Tuska za to, że nie zrealizował jeszcze obietnicy podniesienia kwoty wolnej od podatku do 60 tysięcy złotych. Wiele osób słusznie przypomina, że znalazła się ona w „100 konkretach”. Różnica polega jednak na tym, że obecny rząd odpowiada za niespełna trzy lata swoich działań. PiS odpowiada za osiem lat własnych rządów. A to właśnie politycy tej partii dziś próbują występować w roli odkrywców recept na problemy, które sami przez lata pozostawiali nierozwiązane.
Szczególnie wymowne jest użyte przez Czarnka określenie „rewolucja podatkowa”. Polacy mają prawo być zmęczeni kolejnymi rewolucjami ogłaszanymi przez polityków. Zwłaszcza gdy przypomną sobie doświadczenia Polskiego Ładu – największej podatkowej operacji przeprowadzonej przez PiS. Miała być prostota, przewidywalność i korzyści dla obywateli. Skończyło się na chaosie, ciągłych poprawkach i zamieszaniu, które przez wiele miesięcy dezorientowało podatników, przedsiębiorców oraz księgowych.
Dlatego dzisiejsze zapewnienia Czarnka należy traktować z dużą ostrożnością. Nie dlatego, że każda propozycja obniżenia podatków jest zła. Wręcz przeciwnie. Problem polega na wiarygodności autora. Polityk, który przez osiem lat współtworzył władzę i nie przeprowadził zapowiadanych dziś reform, nie może oczekiwać, że wyborcy bezrefleksyjnie uwierzą w jego nowe obietnice.
W polityce najważniejszym testem nie są konferencje prasowe ani efektowne hasła. Najważniejszym testem są dokonania. A te w przypadku Przemysława Czarnka każą zadać jedno pytanie: skoro te pomysły są tak dobre, to dlaczego przez osiem lat nie zostały zrealizowane?










